czwartek, 13 lipca 2017

II Rozdział 12





~dwa tygodnie później~

Nadal czując lekkie ciągnięcie w pobliżu prawie zagojonej rany, marszczę brwi, przeciągając materiał bawełnianej, białej koszulki przez głowę, by dopasowała się następnie do mojego ciała. Opuszkami palców sprawdzam, że plaster na pewno przylega idealnie do mojej skóry i wychodzę z sypialni.
W salonie nadal roznosi się zapach słodkich naleśników, które zaserwowała dziś. Teraz siedzi na kanapie z laptopem na kolanach, gryząc opuszek palca, gdy wytrwale wpatruje się w ekran.
Mijam ją i idę do kuchni, by nalać sobie szklankę wody.
-Znalazłam wózek. - oznajmia, z podekscytowaniem klaszcząc w dłonie. Podnosi na mnie wzrok i od razu marszczy czoło, a uśmiech znika z jej twarzy. Odkłada urządzenie na bok i okrywa brzuch kocem.
-Gdzie wychodzisz ? - pyta cienkim głosem, a jej oczy wypełniają się łzami.
Odkąd znalazła mnie w salonie, w stanie bliskim mojego zgonu, była zbyt przewrażliwiona. Traktowała mnie, jak już raz sklejony po upadku wazon, który za chwile miałby się rozpaść na wieki. I właśnie to mnie najbardziej wkurwiało. Nie potrzebowałem współczucia - dostałem, żyję i tyle. Trzeba o tym zapomnieć.
Odstawiam szklankę na stół i podchodzę do kanapy, by usiąść naprzeciw dziewczyny.
-Z chłopakami, Jessi. - kłamię bez jakiegokolwiek zmrużenia oka. Czy stałem się już tak perfidny ?
-Nie chcę, żeby coś Ci się stało. - mówi, a pojedyncza łza spływa po jej policzku. Ocieram ją swoim kciukiem, a następnie delikatnie pocieram nim jej policzek. Jest to tak subtelny dotyk, że czuję się niemal obco, kiedy więź pomi3dzy nami staję się choć na chwilę taka sama, jak kiedyś. -Nie możesz traktować mnie, jak pieprzonego kaleki. - odpowiadam, a źrenice dziewczyny rozszerzają się. Lekko drży na tembr mojego głosu i odsuwa się, czego skutkiem jest moja opadająca ręka na jej udo.
-Martwię się, bo Cię kocham, idioto. - rzuca pośpiesznie i zabierając ze sobą koc, odchodzi do sypialni. Przez kilka sekund zostawia mnie w osłupieniu, kiedy dociera do mnie, iż pierwszy raz w życiu używa w stosunku do mnie takiego słowa. Jednocześnie uśmiecham się na jej zgryźliwość, ponieważ nie była już tą małą, stłamszoną brunetką, sprzed kilku lat.
-Kup go!- krzyczę na pożegnanie, zanim opuszczam nasze mieszkanie. Zapinam poły mojej kurtki, zmierzając schodami w dół, gdy w połowie drogi spotykam Jack'a.
-Gdzie znowu, Bieber ? - wita mnie chłodno, grodząc mi swoją ręką, którą opiera o ścianę.
-Nie zamierzam się z Tobą kłócić, Jack. - ostrzegam, patrząc mu w oczy.
-Zostawiasz Jess i idziesz do tej pieprzonej kretynki ? - podnosi głos, a żyła na jego szyi staje się bardziej widoczna.
-Nie spotykam się dziś z nią. - rzucam obojętnie, w głębi duszy również się z tego ciesząc. Nie miałem ochoty na jej beznadzieje gierki.
-Ostrzegam Cię, Bieber - prochy to chujowe przedsięwzięcie. - mówi, ciskając we mnie kopertą. Łapię ją w odpowiednim momencie i przeliczam jej zawartość. Z cisnącym się na usta przekleństwem, przegryzam dolną wargę, stwierdzając, że to więcej niż zarobiłem na ostatniej nieszczęsnej sprzedaży. -Dalej uważasz, że się opłaca ? - pyta, zauważając zmianę w mimice mojej twarzy. Wypuszczam wargę spomiędzy zębów i posyłam mu wrogie spojrzenie. -Jeżeli robisz to tylko dla tej dziwki to masz przesrane stary.
Tego było za wiele. Chowam kopertę do pustej kieszeni spodni i używam całej siły, by odepchnąć chłopaka, aby mieć wolną drogę. Targają mną skrajne emocje i doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
-Jeżeli chcesz się tłumaczyć to proszę, idź tam. Ja spierdalam. - rzucam na odchodne i wychodzę na parking. Łapię kilka wdechów świeżego powietrza, które pozwala mi się uspokoić.
Jack nie rozumiał nic. Nigdy w swoim życiu nie miał pod górkę, a to jaki styl bycia wybrał nie było niczym uwarunkowane.  To nie on miał popieprzoną rodzinę, to nie on żył całe życie w kłamstwach, to nie on wpadł w miłosne pułapki.
To wszystko sprawia, że czuję się tak bezsilnie, iż pierwszy raz w życiu mam ochotę rozpłakać się niczym dziecko. Opieram się o samochód i nerwowo przecieram swoją twarz.
Jack częściowo miał rację - ja juz byłem w chujowym położeniu. Pomiędzy młotem a kowadłem, czymś dobrym a złym, miłością a nienawiścią.  Czy byłem już tak zepsuty, by czuć tak skrajne emocje ?
Wsiadam do samochodu i zanurzając się w słowach mocnych piosenek, wypływających z głośników, jadę do klubu w samym centrum. Nie mam ochoty analizować, gdzie będzie najlepiej - chcę zrobić to szybko i wrócić do domu.
Pod Bahama Mamma stoi wiele osób w totalnie przeróżnych kategoriach wiekowych. Przepycham się pomiędzy ich tłumem. Stojący pod drzwiami, osiłek Seleny od razu mnie rozpoznaje i bez wahania wpuszcza do klubu.
Jest tam jeszcze bardziej duszno niż ostatnio. Przechadzam się tam koło ścian, aż w końcu odnajduje blond chłopaka. Nie wiem dlaczego, ale kieruje mną przeczucie, że to będzie on dziś moich klientem, po dwóch dziewczynach, które wzięły większość towaru.
Siadam na kanapie obok niego i wtedy zauważam, że kolor jego włosów jest zupełnie identyczny jak mój.
-Jason. - wyciąga do mnie rękę, lecz zamiast ją ująć, wkładam w nią trzy ostatnie woreczki. Chłopak zaczyna się śmiać.
-Szybko. - stwierdza, biorąc łyk swojego drinka.
-To nie spotkanie towarzyskie, pedale. - rzucam, nawet na niego nie patrząc.
-Ile za to ? - pyta, gdy uśmiech z jego twarzy znika, a moja satysfakcja osiąga najwyższy poziom.

***
Wiruję gdzieś w przestworzach. Unoszę się lekka, jak liść niesiony przez wiatr. Moje oczy są zamknięte, a usta suche, a jednocześnie napuchnięte od wielu pocałunków.
Moim ciałem wstrząsa kolejny dreszcz, gdy wiatr ten nieco słabnie, by następnie znów porwać mnie gdzieś, jakby pomiędzy niebem a ziemną w fali ogromnej rozkoszy.
-Ranisz mnie, Juss. - szepczę, lecz na niego nie patrzę. Z uwagą przesuwam dłonie tak, by nie opierać się na nich, w miejscu gdzie widnieje jego blizna.
Przyjemność i rozgoryczenie mieszają się ze sobą tak, że mam ochotę się rozpłakać. Zagryzam mocno wargę i unoszę swoje biodra do góry,
Wtedy czują ciepły oddech przy sobie, który jeszcze niedawno był tak daleko.
-Otwórz oczy. - poleca spokojnie i uwalnia moją wargę. Lekko piecze, gdy brunet przejeżdża po niej językiem, zauważając, że pojawiła się na niej rana.
On był tak idealny, ja tak bardzo nieidealna i nie ważne, co robił źle to i tak nie potrafiłam bez niego żyć.
Zaciskam mocniej powieki i kręcę przecząco głową, starając się go zdekoncentrować moimi szybciej poruszającymi się biodrami.
Chłopak łapie mnie za nie i unieruchamia.
-Otwórz oczy, Jessi. - prosi błagalnie, a ja spełniam jego prośbę. Jedna łza wypływa na mój policzek.
-Chcę Ci dać wszystko na co zasługujesz. - szepcze, stykając razem nasze czoła.
-Już to mam. - mówię, wkładając palce w jego miękkie włosy. Delikatnie masuję skórę jego głowy, gdy mnie całuje - powoli, czasem niedbale, mocno przyciskając mnie do swojej klatki piersiowej.
Ponownie płaczę, ale tym razem pozwala mi się poruszać. Jest tak, jakbym szukała ratunku, ratunku dla swojej duszy.
Nie ma nic oprócz nas i wystarczy kilka ruchów, bym go uzyskała. Brunet delikatnie gryzie mnie w szyję, gdy dreszcz przepływa zarówno przez moje nagie ciało, jak i jego.
W tym momencie mocniej oplatam rękoma jego szyję, cicho chlipiąc w jego klatkę piersiową. Był okropny, a ja nadal pozwalałam, by mnie miał w każdy możliwy sposób.
Chwilę potem czuję, jak razem opadamy na materac. Powoli się uspokajam, gdy gładzi moje włosy i co jakiś czas całuje opiekuńczo w czoło.
-Co się z nami stało, Justin ? - szepczę.
-Ty jesteś nadal idealna, ptaszyno. - odpowiada z chrypką. -Zawsze idealna. - akcentuje i zamyka swoje powieki. Nasze oddechy przestają się ze sobą mieszać, gdy zaczynamy poruszać klatką piersiową i jednym, spokojnym rytmie.
Gdy już wiem, że Justin śpi, ostrożnie wydostaję się z jego objęć. Szybko zakładam na siebie swoje ubrania i idę do salonu. Patrząc w okno, wzdycham cicho.
Moje ciało słodko bolało od wzmożonego wysiłku, a cały stres odszedł daleko. W mojej głowie panowała pustka, wraz z momentem, w którym mu wybaczyłam.
Telefon na stole cicho wibruje. Podchodzę do niego i od razu odbieram, gdy na ekranie widzę napis "Ana"
-Jak się czujesz, Jessi ?  - pyta, zaraz po naszym krótkim przywitaniu.
-Dobrze. - odpowiadam zgodnie z prawdą. Nie byłam już przygnębiona, jak wtedy po wyjściu Justina z domu. -A jak u ciebie ?
-Może być. - odpowiada z westchnieniem.
-Ana .. - zaczynam bardzo niepewnie. - Dzwonisz ze względu ma Justina, prawda ?
-Już teraz wiadomo, że zostaniesz mamą. - mówi żartobliwie, a ja wiem, że to sposób na twierdzącą odpowiedz do zadanego przeze mnie pytania.
-Pogodzę Cię z nim. - oznajmiam ze zdeterminowaniem. - Ale musisz zaakceptować to, że jesteśmy i będziemy razem.
-Jessica ... O mój boże ... Oczywiście, że tak !
-Jeszcze się odezwę. - oznajmiam, nim się rozłączam. Odkładam telefon na poprzednie miejsce i wracam do sypialni, ponownie wkradając się w objęcia miłości mojego życia.


----------------------------------------------------------------
 
Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

II Rozdział 11





Mój cichy szloch przerwa mocne trzaśnięcie drzwiami. Sama delikatnie podskakuję, przykładając pogiętą w pięści chusteczkę higieniczną do nosa. Jej cienkim materiałem przesuwam po jego płatkach i biorę głęboki wdech.
Moja klata piersiowa porusza się nadal w szybkim tempie, ale powstrzymuję się od kolejnych łez.
Poduszka jest naprawdę mokra, gdy poprawiam się w miejscu, w którym leżałam już od kilku godzin, ale mimo to nie odsłaniam dobrze twarzy. Nie chcę, by taką mnie właśnie zobaczył, chociaż targała mną chęć, która mogłaby nawet doprowadzić do tego, iż byłabym w stanie go uderzyć.
Wiem, że to Justin. Charakterystyczne kroki stąpają po salonie, kiedy odwiesza kurtkę. Stuka kilka razy ręką w ścianę nie mogąc trafić w włącznik światła, aż w końcu daje sobie spokój, a jego kurtka ląduje w miejscu, w którym na pewno nie było jej miejsce.
Sama już nie wiem, czy w tym momencie telepię się z zimna, czy tego, że za chwilę tu będzie, wejdzie, nie będąc świadomym niczego.
-Dlaczego płaczesz ? - słyszę jego głos w ciemności i nawet teraz mogę sobie wyobrazić, jak marszczy czoło. Każdą moją łzę odbierał nie w sposób, jaki powinien. Przede wszystkim raniła go, przez co czuł wyrzuty sumienia, że tak pokierował naszym życiem, byśmy znaleźli się właśnie w tym miejscu.
Ale tym razem te łzy raniły mnie bardziej niż jego bezpodstawne wyrzuty sumienia, do których nie miał powodów. Tym razem to on zranił, tym razem to on zawinił, łamiąc mnie psychicznie.
-Gdzie byłeś ? - pytam spokojnie, sięgając dłonią do lampki nocnej, którą natychmiast zapalam. Moje serce próbuje wyskoczyć mi z piersi, gdy skanuję jego mokrą koszulkę i dziwniej niż zwykle potargane włosy. Zerkam przelotnie przez okno - padał deszcz.
-Nie o to zapytałem, Jess. - mówi chłodno i podchodzi do łóżka. Kuca obok, kiedy ja podnoszę się do pozycji siedzącej. Ponownie szloch wznosi moją klatkę piersiową, a mi braknie tchu, gdy na niego patrzę. Jest zarazem tak perfekcyjny, a okropny.
-Gdzie byłeś, kiedy Cię potrzebowałam ! - krzyczę z desperacją. Po moich policzkach znów spływają krople wielkości ziaren grochu. - Gdzie byłeś, kiedy tak bardzo mnie bolało ! Co byłoby, gdybym straciła nasze dziecko !
Jestem, niczym we amoku. Dzięki temu, że jest tak blisko, zaczynam uderzać pięściami w jego klatkę piersiową. Szybko się meczę, ale walczę dalej. Jego małe przejęcie wzbudza we mnie jeszcze większą złość a jednocześnie nieporadność. Tak bardzo go kocham, że oba uczucia tłumią się we mnie, aż padam prosto w jego klatkę piersiową. Delikatnie ściska moje nadgarstki, bym nie próbowała bić go dalej. Słone łzy z moich policzków przedostają się na jego koszulkę, która pachnie inaczej, lecz nie jestem w stanie skupić si3 na tym zapachu.
-Powiedz co się stało, ptaszyno. - oznajmia spokojnie, a jego oddech odbija się od moich włosów. Sama karcę siebie, gdy czuję dreszcze na całym ciele.
-Bolało, bardzo bolało.
Na samo wspomnienie zaciskam pięści wraz z powiekami, jako odruch bezwarunkowy.
-Dlaczego nie wolałaś o pomoc ?
Odsuwam się od niego automatycznie. Jego spokój sprawia, że jestem wściekła jeszcze bardziej. Wyrywam dłoń z jego uścisku i posyłam mu wzrok pełen żalu.
-Jak w ogóle możesz coś takiego mówić ? - kręcę głową z niedowierzaniem. -To nasze dziecko, Justin.
-Tym bardziej powinnaś je ratować. - odpowiada. Zaczynam płakać jeszcze bardziej.
Powracam wzrokiem do jego idealniej twarzy i w tym momencie widzę w niej tylko chłód. Wielki chłód i nie jestem pewna, czy to na pewno on.
-Wyjdź. - syczę, owijając się kocem.
-To nie będzie rozwiązanie tej sytuacji. - stwierdza beznamiętnie.
-Uważasz, że wyjście z domu, jak Ty, będzie rozwiązaniem ? - pytam go pełna sarkazmu. Spuszcza w dół wzrok i kilka razy otwiera usta, by coś powiedzieć, lecz nie ani jedno słowo finalnie nie opuściło jego gardła.
Następnie opuszcza naszą sypialnie, a to łamie mi serce na miliony kawałków.

***
Rano budzę się zmęczona. Z trudem wstaję i wędruje do łazienki. W lusterku dostrzegam, że wyglądam niczym zombie po przespanych tylko trzech godzinach tej nocy, kiedy do końca wykończył mnie płacz.
Biorę szybki prysznic, będąc zadowoloną, iż nie natknęłam się na lodowatą wodę, co oznaczało tylko tyle, że Justin uregulował rachunki.
Dokładnie myje swoje ciało, z czułością wmasowując płyn do kąpieli w swój brzuszek. Malutka istotka porusza się słabo wyczuwalnie, ale napad bólu już się nie powtórzył.
Gdy wychodzę spod prysznica, cala boazeria łazienkowa pokryta jest mokrą warstwą. W miarę szybko doprowadzam się do porządku tak, by wyglądać w miarę znośnie.
Kolejnym etapem była kuchnia - Justin pali papierosa przy otwartym oknie, odwrócony do mnie tyłem. Korzystam z okazji i staję przy blacie, by zrobić sobie kanapkę.
-Za chwilę będzie tutaj Madison. - odzywa się po chwili, gasząc swojego papierosa. Przytyka jego końcówkę do parapetu, a kiedy upewnia się, że nie spowoduje żadnego pożaru wyrzuca go, nie przejmując się gdzie.
Milczę, choć chcę zadać wiele pytań. W ciszy kroję pomidora, którego równo układam na wcześniej przygotowanej bułce.
-I przestań się foszyć.
Krew w moich żyłach zaczyna wrzeć. Rzucam gwałtownie nóż na blat i próbuje złapać jeden oddech zanim wybuchnę. Blondyn odwraca się w moją stronę zaskoczony.
-Uważasz, że to co zrobiłeś jest w porządku ? - pytam, o dziwo spokojnie. Jedna ręką podpieram się o blat, gdy na niego patrzę. I mimo tego wszystkiego, jego błędów, to jak ze mną rozmawiał, jak nigdy - w ten lodowaty, bezduszny okropny sposób, ja nadal byłam szalona pod jego wpływem.
Jest tak, jakbym przestała oddychać, ale kompletnie tego świadoma. Kochałam go nad życie.
-Odezwij się ! - krzyczę, gestykulując ręką. Gdybym miała tylko siłę pewnie zaczęłabym płakać.
-Uwierz mi, to dla nas. - odpowiada, ale mam wrażenie, że nie przekonuje tym nawet siebie. Zamyka na chwilę oczy i mocno ściska w pięści uchwyt służący do zamykania okna.
Nie rozumiem tej reakcji, ale też staram się wyrzucić ją z głowy, dlatego odwracam się w stronę blatu chcąc dokończyć swoje śniadanie.
W jednym momencie Justin zmienia miejsce na to bliżej mnie, łapie mnie za biodra i przyciąga do siebie tak, że dzieli nas tylko mój zaokrąglony brzuszek. Nie daje mi nawet szansy na powiedzenie czegokolwiek, całując mnie. Nie jestem w stanie położyć dłoni na jego torsie. W tym momencie tworzymy całość. Wnętrze Między naszymi złączonymi ustami wypełniają niewypowiedziane słowa, niewyjaśnione sprawy oraz chęci wykrzyczenia sobie w twarz wszystkiego co najgorsze. Sęk w tym, że nie potrafiliśmy sobie tego powiedzieć, a miłość ... Miłość potrafiła to tylko tłumaczyć, zamiatać wszystko pod dywan, by na jakiś czas dać sobie z tym spokój.
- Trudno jest w ogóle ocenić, w co powinnam uwierzyć. - szepczę, kiedy się ode mnie odsuwa. Moim zaróżowionym od pocałunku zaczyna brakować jego bliskości mimo, że jego oddech owiewa moją twarz. Patrzy na mnie lekko z góry, a ja zauważam, że te wiecznie świecące Justinowe oczy są jakoś bardziej smutne, nieco zamglone, jakby był jednocześnie tutaj i gdzieś indziej.
-Tylko Ty dajesz mi miliony powodów, by być. - odpowiada, a wielka gula staje w moim gardle, a serce zwiększa tempo swojego bicia. Wystarczyło jedno zdanie, by cala wściekłość odeszła w niepamięć. Jedno głupie zdanie, bym była jego, chociaż przywiązanie nie zburzyła nawet kłótnia połączona z nocnym epizodem.
Podnoszę dłoń, by dotknąć jego policzka. Pod opuszkami palców wyczuwam szorstką fakturę - nie golił się kilka dni. Moje oczy robią się bardziej szkliste, ponieważ sama czuję napływające pod powieki łzy.
Justin wtula swoją twarz w moją dłoń i całuje jej wnętrze. Uśmiecham się niezdarnie pociągając głośno nosem. Czuję, jak wielki mur, który zbudowałam, zaczyna się rozpadać na dobre,  przywracając mojemu sercu stabilizację, dzięki której czułam, że żyję.
-Witajcie, robaczki ! - wiecznie wesoły głosik sprawia, że odsuwamy się od siebie. Wewnętrznie narzeka na chłód, który pozostawiło po sobie odejście Justina, ale chłopak rekompensuje mi to spleceniem naszych dłoni.
Madison stojąca na środku salonu szeroko się uśmiecha. Jej włosy są niedbale związane w koka, a uroku dodaje jej różowy, gruby sweter.
-Hej, Mads. - odpowiadam jej, lecz mój głos jest lekko zachrypnięty.
-Bawcie się dobrze. - odzywa się Justin, przelotnie całuje mnie w policzek i znika za drzwiami łazienki.
-Dzisiaj jesteś na mnie skazana. - mówi, klaszcząc w dłonie z podekscytowania. Wiodę wzrokiem za odchodzącym chłopakiem, ale zaraz powracam do rozpromienionej dziewczyny.
-Wezmę tylko kurtkę. - oznajmiam i idę do sypialni. Zbieram najpotrzebniejsze rzeczy i zamykam drzwi, by narzeczona Jack'a przypadkiem nie dojrzała panującego tam bałaganu.
Zaraz po tym obie wychodzimy na zewnątrz, gdzie czeka na nas samochód wspomnianego wcześniej chłopaka. Dziękuje Madison, kiedy dodatkowo podkręca ogrzewanie.
-Teraz rozumiem, dlaczego tylko do was Jack zawsze puka. - śmieje się, odrobinę ściszając radio. - Zawsze tak gorąco ? - zerka na mnie, co powoduje zaróżowienie moich jasnych policzków.
-Wyjątkowa sytuacja, Madison. - odpowiadam z westvhni3ciem wtrąconym na samym końcu.
-Co jest, młoda ? - marszczy czoło w zaniepokojeniu, zerkając na mnie.
Właśnie wjeżdżamy na most, gdzie zaczynając się długie korki.
-To długa historia. - odpowiadam na odczepnego, chcąc już teraz tylko zapomnieć.
-Rozumiem, że te gorące całusy to była zgoda ? - żartuje, a ja oddycham z ulgą, ciesząc się, że zauważyła iż nie mam ochoty ciągnąć tego tematu.
Śmieję się tylko, kiedy zajeżdżamy na parking pod sklepem odzieżowym dla niemowląt.

***

„Kolejna akcja. Widzimy się za pół godziny”

Moja ręka prostuje się w zawrotnym tempie, kiedy rzucam telefonem o ścianę. Ekran rozsypuje się w drobny mak, a reszta opada z hukiem na podłogę. Wydaje z siebie ciche ryknięcie i ciągnę za końcówki swoich jasnych włosów. Ręce trzęsą mi się tak mocno, jak przy chorobie Parkinsona, gdy nakładam na swoje barki skórzaną kurtkę, natomiast futryna omal nie zmienia swojego miejsce, gdy z całej siły zamykam drzwi.
Zostaję jeszcze chwilę na klatce schodowej. Nie przeszkadza mi unoszący się tam smród. Uderzam zatem butem w ścianę dodając do tego jeszcze pięść. Na usta cisną mi się najgorsze wyzwiska, jakie mógłbym użyć w kierunku Seleny. Pojawiający się jej obraz pode mną kilkanaście godzin temu, atakuje moje myśli, jak wilk bezbronną sarnę. I tak, jak ona nie miała szans ukryć się przed swoim zabójcą, tak nieobecna tu Selena niszczyła mnie psychicznie, a ja pozwalałem na to wszystko.
Gotowy do walki przeciwko dziewczynie żwawym krokiem ruszam na parking, lecz drzwi swojego samochodu traktuje o wiele bardziej łagodnie niż drzwi naszego mieszkania.
Przez całą drogę słucham mocnych kawałków, które omal nie powodują pęknięcia moich bębenków usznych. Przypominam też sobie o sztalugach i płótnie, które zostawiłem jeszcze w domu rodzinnym i zaczynam żałować tej decyzji.
W głębi duszy tęsknie za malowaniem, ale własne życie odciągnęło mnie od pasji, dzięki której mogłem przywrócić równowagę swojemu wnętrzu. Malowanie, w moim uznaniu , było jeszcze lepsze niż hera czy koka, a samo zatracenie powodowała tylko twoja wyobraźnia.
Pod „siedzibą" całego gangu zatrzymuję się dosłownie dwadzieścia minut później. Wychodzę z samochodu przyglądając się wartej miliony rezydencji, ale to nie ona skrywała najmroczniejsze sekrety tylko jej piwnica i wielokilometrowe korytarze, najdłuższe docierające nawet do samego miasta.
Denerwował  mnie również i ten fakt. Selena górowała nade mną, ale i nad naszą spółką z chłopakami. Byliśmy dobrzy również, w tym co robimy, ale w gangsterskim świecie stanowiliśmy najmniejszą jednostkę.
Doskonale znam obejście domu, dlatego od razu trafiam do drzwi, umiejscowione blisko basenu, w którym właśnie wymieniono wodę. Nie pukam, walę w drewniany prostokąt tak mocno, że zaczynają mnie boleć kości. Otwiera mi rosły mężczyzna z krótko ściętą grzywką. Wywracam na jego widok oczami i złoszczę się jeszcze bardziej.
-Bieber. - szczerzy debilnie zęby, a gdy chce jeszcze coś powiedzieć, uciszam go.
-Daruj sobie Jones. - fukam i omijam starego znajomego w progu. Ethan był najbardziej irytującym uczniem w naszym wieku, który nie tylko znany był jako najlepszy przyjaciel zakupowy dla dziewczyn, ale też jako jedyny, który miał odwagę próbować się wbić do naszej paczki.
-Słyszałem, ale myślałem, że to tylko plotki. - stwierdza, gdy idziemy słabo oświetlonym korytarzem.
-Jeszcze wiele rzeczy Cię może zaskoczyć. - odpowiadam, kręcąc głową i krytykuję niemo jego lekkoduszność, jednocześnie zastanawiając się nad kryteriami Seleny podczas rekrutacji.
Znajdujemy duże pomieszczenie. Na wschodniej ścianie wisi wieke małych i większych telewizorków z monitoringiem. Gdyby nie kilka kanap i wielki stół w jakiś sposób mógłby przypominać salon.
Zupełnie nie zwracam uwagi na znajdujących się tam ośmiu mężczyzn tylko od razu podchodzę do Seleny.
-Co, do kurwy, sobie wyobrażasz, Gomez ! - unoszę się, blisko jej ciała. Jest zaskoczona, oddycha szybko, a jej powiększone operacyjnie cycki, nieokryte stanikiem, ocierają się o moją klatkę piersiową.
-Wyjdźcie. - oznajmia cicho. Unika ze mną kontaktu wzorkowego, dopóki wszyscy nie opuszczają pomieszczenia. - Czy ciebie kompletnie popierdoliło ? - kładzie dłonie na mojej klatce piersiowej i odpycha mnie.
W afekcie mocno łapie jej rękę i słyszę, jak cicho syczy z bólu.
-To z tobą jest coś nie tak. - fukam, zaciskając zęby. - Nie jestem chłopcem na każde twoje pieprzone zawołanie !
-Jesteś tego pewien ? - uśmiecha się triumfalnie, a jednocześnie zachęcająco. Przegryza wargę i wyrywa rękę z mojego uścisku. Nie przejmuje się czerwonym śladem, tylko wędruje do małego domofonu w swoich niebotycznych czarnych kozakach. -Za pięć minut wyjeżdżamy. - oznajmia twardym głosem i odkłada małą słuchawkę.
-Dlaczego idziemy wszyscy ? - pytam zdezorientowany. Dziewczyna zalotnym krokiem podchodzi do biurka, unosi prawą nogę, by postawić ją na obrotowym fotelu.
-To duża akcja. - odpowiada wymijająco. Jej i tak krótka sukienka podnosi się jeszcze wyżej tak, że zauważam koniec jej czarnej pończochy. Na moment zasycha mi w ustach, gdy pistolet umiejscawia za koronkowym pasem. Z drugim robi to samo, zmieniając tylko nogę prawą na lewą. -Idziemy. - melduje, otwierając drzwi.
-Jestem już tak cholernie nieważny, że nie dostanę nic ? - pytam ze złością, zatrzymując się w progu.
-Na ciebie czeka tylko nagroda. - szepcze namiętnie zbliżając swoje usta do moich. Na tych wysokich butach czynność ta wydaje się dla niej o wiele prostsza niż normalnie.
Łapie mnie za rękę i wyprowadza na zewnątrz, gdzie pakujemy się w czarnego wana. W czasie podróży ściskam się między napakowanego gościa, który z pewnością nie oszczędzał na siłowni i odzywkach stymulujących, a drzwi.
Droga była nierówna, pełna dołów , dołków i dołeczków, przez co przeklinałem każdy z nich. Niekiedy i moja głowa uderzała o sufit przy pokonywaniu większej przeszkody.
W samochodzie panowała cisza, nie grało nawet radio. Pod koniec podróży słyszalny jest tylko odgłos cmokania, gdy Gomez maluje swoje usta jasnym błyszczykiem.
Ku mojemu zdziwieniu lądujemy pod Minton's Playhouse. Wysoki budynek zachwyca swoim oświetleniem. Hotelowi goście czekają na przejęcie ich do pokoi, znajdujących się nad syfem, który znajduje się w piwnicy, gdy my schodzimy na dół. Nie muszę analizować zbyt długo wyboru Gomez - dobrze prosperujący hotel był doskonałym kamuflażem dla burdelu, który dział się na dole. Poprawiam swoją kurtk3, wypchaną małymi paczuszkami.
Schody są nierówne i lekko śliskie. Osiłki Seleny wchodzą do pomieszczenia pierwsi, a ona na samym ich czele.
Cekiny na jej sukience zaczynają wesoło się mienić w skutek czerwonego światła zainstalowanego w środku. Jest gorąco i duszno, co potwierdzały ciała tancerek, których rury były oddalone od siebie tak, aby przychodzący goście mogli swobodnie się poruszać. Ich skóra błyszczała lekko, a włosy kręciły się samoistnie od panującej wilgoci. Tańczyły zaciekle, pokazując coraz to bardziej wymyślne figury, po to żeby zachwycić sobą publiczność.
Z tłumu wyłania się niski mężczyzna w ciemnym garniturze. Podchodzi do Seleny, która szeroko uśmiecha się na jego widok i całuje jej oba policzki.
-Dobry wieczór, wuju. - mówi, a moja szczęka ląduje na podłodze. Małe włoski na mojej szyi stają dęba na domiar tych informacji, a jedyna myśl kłębiąca się w mojej głowie, było pytanie, jak bardzo jeszcze Selena jest popieprzona.
-Śliczne wyglądasz, moja piękna. - oznajmia, ściskając jej drobną dłoń swoimi obiema. Na jego palcach mienią się wielkie, drogie, złote sygnety, dopasowane do czerwonego krawatu.
-Możemy zaczynać ? - pyta z podekscytowaniem wymalowanym na twarzy.
-Oczywiście, słonko. - szczerzy idealnie białe zęby i to ostatnia uprzejmość, jaką zauważam od niego tego wieczoru. Gomez skinieniem głowy pokazuje chłopakom, gdzie mają iść, według planu, w który nie zostałem wtajemniczony, a mnie zostawia na pożarcie lewa. - Ile masz dzisiaj ?
Pyta, podchodząc do mnie. Skanuje mnie od czubka głowy do samych kostek.
-To jest Justin. - przedstawia mnie z opóźnieniem i wiesza się na moim ramieniu. Targa mną ochota strzepnięcia jej, jak drobnego paproszka, którzy przypadkiem wylądował na mojej koszulce, lecz powstrzymuje się ze względu na tutejszą pozycję człowieka, stojącego na baczność naprzeciw mnie.
-Wystarczająco, wuju. - zapewnia. - Justin wie co robić.
-Nie wątpię. - rzuca szybko ze skoncentrowaniem wymalowanym na twarzy. -Bieber, tak ?
-We własnej osobie. - odpowiadam dumnie.
-Napad pół roku temu ... - zaczyna ze wspomnieniem- ... Dobry, nie powiem. - chwiali, kiwając głową. - Ufam Ci, chłopcze. Ale jeśli coś spieprzysz wylądujesz w piachu.
Po tych słowach wtapia się w tłum tańczących ludzi. Zimny dreszcz przechodzi przez moje plecy, pierwszy raz znajdując się w sytuacji, kiedy ktoś grozi mi, nie ja jemu.
-Zabieraj się do roboty, seksiaku. - szepcze mi do ucha, delikatnie gryząc jego płatek i idzie śladami swojego wuja.
Nie mam ochoty patrzeć się na rozbierające się laski w karnawałowych maskach, dlatego odchodzę w kąt, wiedząc, że tam będzie najwięcej klientów.
Gdy odnajdują dobre miejsce i opieram się o ścianę, wyczuwam ostry zapach palonej marihuany. Odwracam głowę w bok i przyglądam się grupce młodych osób, których źrenice były już dawno rozszerzone. Bez wahania podchodzę do nich i kucam, by być na poziomie ich pola widzenia.
-Jak leci ? Pewnie macie ochotę na coś jeszcze, co ? - zagaduję wesoło. Jedna dziewczyna odwraca się w moja stronę podczas, gdy chłopak obok niej wjeżdża ręką pod jej ciasną spódniczkę. Mam ochotę zwymiotować.
-Masz coś, żeby był w stanie zrobić mi dobrze ? - pyta bezwstydnie, kiwając się raz z prawej na lewą i odwrotnie. Patrzę na chłopaka i stwierdzam, że jest kompletnie pijany.
-Co tylko chcesz. - wymuszam uśmiech i zanurzam dłoń w kieszeni kurtki. Odnajduję odpowiednią paczuszkę, a dziewczyna zaczyna szukać pieniędzy w swoim staniku. - Ktoś jeszcze ?
-Daj co masz ! - krzyczy chłopak z whiskey w ręku. - Najlepiej w strzykawce, to będzie zajebista noc !
Patrzę na niego z politowaniem, kiedy pokazuje gestem ręki na grupkę przyjaciół obok niego. Nienawidziłem tego, ponieważ sprawiałem, że młode osoby zmieniały się w swoje karykatury o ile ich organizm był w stanie przeżyć tę noc.
Pozbywam się co najmniej połowy zawartości kurtki, która była możliwa i czekam na pieniądze. Kolana bolą mnie od ciągłego kucania, ale o mało nie przewracam się, gdy w klubie robi się głośno, a na twarzach obecnych maluje się panika.
-Policja, ludzie !!! - ktoś krzyczy. Tańczące dziewczyny uciekają z podestów pod ochroną swoich ochroniarzy.
Spoglądam wyczekująco na grupkę, która była przerażona także. Serce wali mi mocno, ale chcę zachować powagę.
-Co teraz ? - skrzeczy dziewczyna obok niej, jej chłopak zaprzestaje wszystkich czynności, mających na celu rozebranie jej przynajmniej z tej najważniejszej części garderoby.
-Pieniądze, kurwa ! - krzyczę na nich, gdy w tłumie dostrzegam biegnącą do mnie Selenę. Pośpiesza mnie nawet wzrokiem.
-Spokojnie, stary. - odpowiada mi chłopak z naprzeciwka, odkładając whiskey. Zdążył już schować narkotyki do kieszeni swoich spodni.
-A obił Ci ktoś kiedyś mordę ? - słyszę głos Gomez nad sobą. Kopie mnie obcasem w łydkę. -Musimy wiać.
-Dawajcie to, do cholery ! - bez zastanowienia wyrywam portfele z ich rąk, po brzegi naładowane kasą. Cholerne, bogate dzieciaki.
Szybko podnoszę się, nie zwracając uwagi na ich protesty i pozwalam, żeby Selena złapała mnie za rękę i poprowadziła korytarzem.
-Sprzedałeś wszystko ? - zerka na mnie przelotnie.
-Nie. - rzucam. - Nie wymagaj ode mnie tak wiele, kiedy ktoś wezwał pieprzone psy.
-Nic nie powiedziałam, Bieber. - odpowiada z lekkim urażeniem w głosie. - Zebrałeś kasy o wiele więcej niż warte są te dragi.
Jej słowa nie sprawiają, że czuję się lepiej. Zaś konta rodziców tych dzieciaków nie odczuwają większej zmiany.
-Co teraz ? - pytam, chcąc zmienić temat.
-Miejsce,  w którym byłeś skomplikowało sytuację. Chłopaki czekają na nas za hotelem.
-Uważasz, że uda nam się ominąć psy? - pytam z niedowierzaniem. Adrenalina zaczyna rozpychać moje żyły do granic możliwości.
-Nie panikuj, jak dziewica przed swoim pierwszym razem. - karci mnie i ciągnie za masywne drzwi. - Nie takie rzeczy w życiu robiłam. - oznajmia i wyciąga nas oboje z ciemnego korytarza. Znajdujemy się na szerokiej, zielonej polanie. Słychać koguta samochodów policyjnych, ale nie jest to tak bardzo wyraźny dźwięk.
Dostrzegam czarnego vana, w momencie, gdy dziewczyna zmusza mnie do biegu. Moje płuca od razu zaczynają palić mnie żywym ogniem. Dyszę głośno i ciężko, ale udaje mi się dogonić Gomez mimo że jest nadal na tych wysokich szpilkach. Jej włosy wirują na wietrze i sam nie jestem pewny, czy przepadkiem nie biegnie na oślep.
Gdy jesteśmy w połowie drogi słyszmy głośne:
-Stań, bo strzelam !
Na tak otwartej przestrzeni, echo roznosiło się lepiej niż dobrze. Nie przestaję biec, chociaż w nogach brakuje mi już sił. Van podjeżdża bliżej, a druga komenda policjanta przecina powietrze.
W mojej głowie pojawia się Jess, jej uśmiech, jej wesoły śmiech, jej słodkie oczy i maleńki nosek. Nie wiadomo skąd wyobrażam sobie nas przy łóżeczku naszego dziecka i gdy Selena wsiada już do vana ja czuję ból w boku. Przewracam się u samych stóp samochodu tak, że widzę miny wszystkich uczestników ucieczki na sobie.
Ciepło zalewa całe moje ciało od środka. Paraliż obejmuje mnie całego tak, że mogę jedynie dotknąć miejsca, w którym czuję ból. Oczy zachodzą mi mgłą, kiedy wyczuwam na swoich palcach lepką ciecz.
-Jest ranny! - krzyczy ktoś, lecz jestem jak w amoku, oglądając swoją dłoń.
-Bierzecie go do środka. Szykujcie przyrządy.
Zupełnie nie wiem co się wokół mnie dzieje. Krzyczę tylko, gdy kilki mężczyzn próbuje mnie wnieść do vana. Widząc mój upadek, policja już nawet nie reaguje.
 Ląduje w przestronnym bagażniku, chłopaki przechodzą do przodu, a przy mnie zostaje tylko jeden. Jedna łza ucieka z mojego oka, gdy rozcina moją koszulk3, by zobaczyć ranę.
-Trzeba ciąć, jest głęboko. - oznajmia głośno i podnosi na mnie wzrok.
-Andrew ? - pytam zachrypniętym głosem. Moje oczy wyglądają, jak pięciozłotówki, gdy zdaję sobie sprawę, że to ten sam ciamajda i pierwszak, który był o mały włos świadkiem, gdy posuwałem Selenę w bibliotece.
-Zamknij mordę i leż spokojnie, jeśli chcesz żyć. - odpowiada mi ostro, zaskakując mnie jeszcze bardziej. Był innym człowiekiem.
-Jak jest ?
Pojawia się również głowa Seleny. Związała sobie włosy, a na jej czole widoczne jest kilka zmarszczek.
-Zrobię to. - oznajmia ze zdeterminowaniem Andrew. - Ale musisz mi pomoc.
I o Jezu słodki, Selena przekłada nogi przez siedzenie, by być po naszej stornie. W ustach zasycha mi jeszcze bardziej, gdy widzę jej szparkę, nieokrytą żadnym kawałkiem bielizny.
Andrew podaje Selenie biały worek z płynem , dodatkowo przykładając mi wacik do miejsca obok łokcia.
Lekkie kołysanie się samochodu sprawia, że dodatkowo mam ochotę zwymiotować.
-Będziesz trzymała kroplówkę. - wydaje polecenia z niezmąconym spokojem. Wbija igłę w moją żyłę, a ja drę się, jak szaleniec. Łapie go mocno za rękę i ściskam.
-Daj mi, kurwa, jakieś znieczulenie. - syczę, spinając wszystkie swoje mięśnie. Selena zabiera moją rękę i kładzie ją na swoich kolanach, pozostawiając je złączone.
-Nie mogę. - Andrew porozumiewawczo patrzy na Gomez.
-Rób, co należy. - odpowiada mu i spogląda na mnie. Wzrok jej jest pełen współczucia, ale nie obchodzi mnie to. W tej chwili winię ją za to wszystko, dopóki nie czuję ostrza wbitego w mój brzuch. Ściskam rękę Seleny tak, jak zrobiłem to Andrew przed chwilą. Nie obchodzi mnie również to, że pozostawione przeze mnie śladu utrzymają się co najmiej tydzień.
Jest tak, jakby w ogóle przestał oddychać. Boli mnie wszystko, a w ustach czuje metaliczny, dość nieprzyjemny smak. Moje powieki są ciężkie, ale nie mam odwagi ich zamknąć, bo gdy tylko to robię widzę Jess i wszystko to, co najlepsze z nią związane. Czy bałem się umierać? Z całą pewnością.
Mój żołądek znowu kurczy się na dźwięk rozciągania moich tkanek wewnętrznych. Andrew precyzyjnie, szczypcami grzebie w moim brzuchu, a Selena delikatnie głodzi moją rękę, w którą wbitą mam kroplówkę.
-Jak się czujesz ? - pyta Andrew.
-Chujowo, a jak myślisz ? - odszczekuję niegrzecznie, ponownie zaciskając zęby, gdy czują mocne rozpychanie.
-Szkoda, że antybiotyk nadal pozwala Ci się odzywać. - odpowiada ze złością, ale pełen spokoju.
Rwanie w boku staje się coraz mocniejsze. Wyczuwam, że na moich brzuchu zaczyna pojawiać się wypływająca z rany krew. Przed oczami pojawiają mi się ciemne plamki, a w głowie niewyobrażalnie wiruje.
-Co mu jest ? - Selena porusza się niespokojnie, widząc zmianę w moim zachowaniu.
-Mam kulę.
Gdy to mówi biorę tak mocny wdech, że jestem bliski zachłyśnięcia się. Ponownie słyszę odgłos rozciągania, a potem widzę, jak Andrew podnosi kulę i dokładnie się jej przygląda.
-Niezła. - stwierdza z uznaniem i odrzuca szczypce na bok, zanim zdążam rzucić jakąś kąśliwą uwagę. Tym razem chwyta za igłę i w ciągu pięciu minut dziura w moim boku zostaje zaszyta.
-Będzie żył. - stwierdza, zdejmując jednorazowe rękawiczki.
-Jak zwykle jesteś niezawodny. - piszczy Selena. Nadal trzymając moją kroplówkę, drugą ręką pomaga mi usiąść. Czuję lekkie szczypanie w boku, ale powracające siły, uzyskują więcej uwagi.
Do końca podróży Gomez podaje mi wodę, a Andrew sprząta swoje przyrządy.
-Zmieniaj opatrunek. - nakazuje. - Przemywaj jodyną. Miesiąc i wszystko będzie w normie.
-Dzięki.- mówię cicho, wykazując się zawstydzeniem. Andrew tylko kiwa głową.
Gwałtowne hamowanie utwierdza mnie w tym, że znajdujemy się pod moim blokiem. Selena, wkłada w kieszeń moich spodni plik banknotów i ucieka na swoje poprzednie miejsce, każąc chłopakom, by pomogli mi wyjść.
Ethan zjawia się pierwszy ze złowieszczym uśmiechem, wymalowanym na całej twarzy. Przesuwam się bliżej, by móc postawić stopy na ziemi.
-Ale z ciebie mięczak, Bieber. - śmieje się, łapiąc mnie za ramie i wprost zrzuca mnie na twarde betonowe płyty, ułożone jedna obok drugiej. Syczę z bólu i chcę krzyknąć, ale wsiada w vana i szybko odjeżdża.
Oprócz boku boli mnie również kolano. Przeklinam tego chuja i na czworaka przesuwam się do klatki., czując się gorzej niż gówno. Jestem wrakiem człowieka, wypompowanym z całej godności, którą w sobie posiadałem, potraktowany jak najgorsze ścierwo. Z trudem docieram do domu - świeżo zaszyta rana boli cholernie, a na opatrunku pojawia się kilka kropel krwi. Nie wiem, jak udaje mi się dotrzeć i położyć na miękki dywan, podczas gdy w oczach pojawiają mi się mroczki, a w głowie kręci jeszcze gorzej niż po dobrej sesji  na karuzeli.
-Juss ? - słyszę w dodali jej cichutki głosik. Gula w moim gardle rośnie do takich rozmiarów, że nie ma siły nawet się odezwać. Leżę w bezruchu, nie mając siły nawet podnieść zamkniętych powiek.
-O mój boże !
Zaczyna zanosić się płaczem i klęka obok mnie. Czuję, jak duże łzy, spływając po jej policzkach, jako ostatni punkt wędrówki obierają pozostałości po mojej koszulce.
-To nic, Jessi. - staram się ją uspokoić. Powoli otwieram z trudem oczy i widząc jej zmartwioną twarz, ujmuję jej twarz w dłonie.
-Jak nic, Juss, jak nic. Ty jesteś ranny. - mówi bez tchu z przerażeniem, nie tylko wymalowanym na twarzy.
-Nic mi nie będzie, ptaszyno. - zapewniam, przyciągając jej twarz do siebie, by obdarować jej czoło mokrym, kojącym pocałunkiem. Dziewczyna opada na moją klatkę piersiowa, cicho szlochając. Obejmuje ją ramionami, wtulając swoją twarz w jej gładkie włosy.
-Co ty zrobiłeś, Justin- szepcze, gładząc mnie opuszkami palców po policzku.
-Już niedługo, Jess. - mówię ochryple. - Jeszcze trochę i wyjedziemy stąd.
-Wierzę ci, Justin. - odpowiada, cichutko, całując mnie w usta.




----------------------------------------------------------------
 

Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.

środa, 7 czerwca 2017

II Rozdział 10





-Do kiedy mam czas ? - pytam zachrypniętym głosem, gdyż po dłużej chwili cichego liczenia małych torebek zaschło mi w gardle. Wrzucam cały ich stos ponownie do pudełka, pozbywając się tego ze swoich kolan. Zerkam na pół nagą Selenę, która kończy swoją robotę. Kiwając głową daje mi znak, że za chwilę odpowie. Wzdycham i gładzę się ręką po gołej klatce piersiowej, blisko serca. Nie poczułem nawet jego bicia, a nadal żyłem, choć wewnętrznie byłem już trupem - żadnych uczuć nie potrafiłem w sobie znaleźć, byłem jak balon bez helu - zupełnie wypompowany z życiodajnych substancji i bezużyteczny.
Potem przeczesuję roztrzepane włosy i zawieszam wzrok na długich, skrzyżowanych nogach Seleny. Zupełnie nie krępowało ją to, że siedzi obok mnie w samej bieliźnie, a mnie to, że przed chwilą uprawialiśmy gorący seks. Jeszcze do tej pory jej ciało zdobiły odbicia moich dłoni, w miejscach gdzie za mocno ją chwyciłem, a cały podkład z prawego policzka wytarła w poduszkę, gdy brałem ją od tyłu.
Ironia tej sytuacji była okropna - stare życie powróciło jak bumerang. Jak wtedy siedzieliśmy razem, zamieszani w podejrzane interesy i spragnieni siebie. Teraz nie potrzebowałem niczego innego, jak mocnego papierosa i kilku shot’ów, ewentualnie wielkiego kopniaka, by jakakolwiek emocja znów się we mnie pojawiła.
-A więc. - jej głos sprowadza mnie do rzeczywistości. W mieszkaniu jest ciepło, co sprawia, że dostaję lekkich wypieków na twarzy. - Cudownie byłoby, gdybyś wyrobił się jeszcze w tym tygodniu. - kończy, nie patrząc na mnie. Jak ja chowa działki do pudełka i skrupulatnie je zamyka.
-Tylko dyskoteka ? - dopytuję.
-Tak. - zakłada włosy za ucho i po raz pierwszy wzrok zatrzymuje na mnie. - Będzie tam wiele naszych stałych klientów, trochę świeżaków, ale dobrze wiesz, jak sobie z nimi poradzić.
-Owszem. - potakuję, czując dumę. - Ewentualnie wykorzystam twoje stare sposoby.
-O co ci teraz chodzi ?
Wyczuwa sarkazm w powiedzianym przeze mnie zdaniu, lecz nie irytuje się. Jako oaza spokoju wstaje z kanapy, kręcąc zalotnie dupą w poszukiwaniu swoich wierzchnich ubrań.
- Och. - śmieje się głupkowato. - Nie uda mi się to, bo nie mam cycków.
-Kiedy mnie pieprzyłeś nie byłeś taki zabawny. - zauważa z chytrym uśmiechem. Staje przede mną w lekkim rozkroku i na szpilkach, które zdążyła założyć. To wystarcza, by mnie skutecznie uciszyć. Mój uśmiech znika, a twarz zmienia się w minę obrażonego pięciolatka, któremu starszy brat zabrał czekoladki. -A może nagle przypomniałeś sobie sielankę z naszą słodką Jessi, huh ?
Doskonale wiedziała, gdzie zadać cios, by zabolał najbardziej.
-Wyjdź. - warczę cicho.
-Ups, chyba weszłam na cienki lód.- jej śmiech jest perlisty, a jego echo roznosi się po mieszkaniu. Sprawia to, że moje uszy dla odmiany krwawią.
-Nie byłaś taka rozmowna, gdy cię pieprzyłem. - odszczekuję się. Obrona atakiem to było moje drugie imię.  Gomez pochyla się w moją stronę tak, że jej jędrne cycki mam przed samymi oczami, a jej długie włosy łaskoczą moje obojczyki.
-Byłam wtedy, jak ona. Wiecznie cicha i cnotliwa. Nie obchodzi mnie wasz związek, ale do tej pory zastanawia mnie jedna rzeczy ... Co Ty tak naprawdę w niej widzisz, Bieber, że nawet bachora zmajstrowałeś ? - odpowiada, szepcząc. Zaciskam dłonie w pięści powstrzymując się tylko, by jej nie uderzyć.
-Wyjdź, Gomez, zanim ...
-Tak ! Wiem ! - krzyczy, oddalając się ode mnie, wraz z zapachem jej ciężkich perfum. W ekspresowym tempie ubiera się i poprawia włosy, kiedy ja odzyskuję panowanie nad własnym ciałem. - Kochasz ją i mnie to naprawdę nie interesuje. Przyzwyczaiłam się do statusu naszej relacji.
-Nie mamy żadnej relacji, Selena. To było tylko pieprzenie. Teraz możesz zniknąć.
-Widzisz, nie wmawiaj sobie, że się zmieniłeś. - oznajmia.
-Wypierdalaj ! - krzyczę, zdzierając gardło, rzucając w nią dodatkowo poduszką. Chybiłem, bo spadał tuż obok jest stóp. Na koniec posłała mi tylko jedno spojrzenie i wyszła nie omieszkując trzasnąć drzwiami.
Zaraz po tym na podłodze wylądowały również kolejne , zrzucane przeze mnie w akcie nieopanowanej, nieposkromionej, niepohamowanej złości. Ucierpiał również stolik, który kopnąłem z całej siły i stara doniczka z uschniętym kwiatkiem, którą odziedziczyliśmy jeszcze po poprzednim właścicielu. Zmęczony, spocony i z bijącym sercem opadam na kanapie. Przeczesuje nerwowo włosy i chowam twarz w dłoniach. Napada mnie niezwykła ochota na popłakanie się, jak baba. To co robiłem było okropne, dziwne, niezrozumiałe, zupełnie popieprzone.
Ale to życie sprawiało, że czułem się sobą. Jessi jest najważniejszą osobą, przy nie czułem wszystkie te głupie rzeczy, które możesz doświadczyć tylko wtedy, gdy kogoś kochasz. To ta miłość umożliwia Ci zwiedzanie terenów, które nigdy nie były osiągalne, pozwala zrozumieć dlaczego z lewa stajesz się tylko łaszącym się kotem. Jesteś nadzwyczajnie bezbronny, ale czy to wszystko tłumaczyło to, jak się czułem aktualnie ?

***

Cichy szelest otwieranych drzwi do mojego tymczasowego pokoju sprawia, że podnoszę wzrok znad ciekawego kryminału i uśmiecham się szeroko, widząc Anę w drzwiach. Trzyma metalową tacę, na której dumnie spoczywa stary imbryk jej babci i dołączone do kompletu dwie porcelanowe filiżaneczki.
-Można ? - pyta luźno, łokciem torując sobie przejście, tak, by drewniane drzwi nie uderzyły jej ponownie. Kiwam tylko głową i odkładam książkę na niską szafkę nocną. Przesuwam sie lekko na łóżku i otulam kocem jeszcze bardziej swój brzuszek.
Ana siada obok mnie, stawiając tacę na materacu. Powoli zalewa, umieszczone w filiżaneczkach torebki owocowej herbaty, gorącą wodą, a po chwili cala esencja zaczyna się unosić wokół nas.
-Chciałabym już wracać do domu. - oznajmiam, korzystając z tego, że panowała pomiędzy nami cisza. Tęskniłam za Justinem, naszym mieszkaniem, naszym życiem. Przez ostatnie dni zaczęłam się czuć obco w domu Any, bo brakowało w nim osoby, którą kochałam ponad wszystko.
-Rozumiem to, Jess. - stwierdza cicho i wymusza lekki uśmiech, podając mi moją porcję herbaty. -Ale zanim to zrobisz, musisz coś wiedzieć.
-Czy coś się stało ? - pytam z poruszeniem, próbując się poprawić do pozycji bardziej siedzącej. Szybko rezygnuję czując ból kręgosłupa.
-Spokojnie. - kobieta przykrywa moją dłoń swoją. - Chodzi o to, że jest historia, której nie znasz, a adoptowanie Ciebie wcale nie było przypadkowe.
Jej wyznanie powoduje, że lekko zawirowało mi w głowie.
-To znaczy, że znałaś moich rodziców ? - te słowa ledwie przechodzą mi przez gardło.
-Żeby tylko. - prycha, a jej twarz rozświetla się szerokim uśmiechem. - Chodziliśmy razem do liceum.
Na te słowa moje oczy powiększają się do rozmiarów pięciozłotówki i choć mam świadomość, jak niedorzecznie to może wyglądać, w bezruchu nadal wpatruję się w Anę. Chcę poznać tę historię, zrozumieć to, dlaczego własna matka okazała się tak zimną kobietą bez skrupułów.
- Uczęszczaliśmy do tej samej szkoły, dopóki do mojej klasy nie dołączył Jeremy. Twoja matka oszalała na jego punkcie robiąc wszystko, byle zwrócił na nią uwagę. Nie udało się.
Ana ciężko wzdycha, rysy jej twarzy rozluźniają się, tworząc zmartwioną poświat3 na jej twarzy. Czuję gorąco w klatce piersiowej, spowodowane niecierpliwością, a dłonie lekko mi się pocą.
-Zaszła w ciąże z innym. Jordan nie był tego wart. Przepraszam, Jess ... Ale ona Cię nienawidziła.- mówi szybko i nie wyraźnie tak, jakby chciałabym nigdy tego nie usłyszała.
W tej samej chwili tracę większość swojej godności i część swojego serca, która jeszcze w jakiś sposób usprawiedliwiała jej zachowanie.
Ana od razu zauważa plątaninę emocji i kładzie dłoń na moim udzie.
-Nasz kontakt się urwał, nie chciała słuchać moich rad, odtrącała mnie. Również obwiniała za to, że zaprzyjaźniłam się z Jeremy'm.
Mój oddech przyśpiesza i gdyby ktoś wsłuchiwałby się w niego dokładnie mógłby stwierdzić, że lada chwila, a wydam na siebie wyrok, dusząc się.
Obwiniałam ją za wszytko, co stało się w moim życiu, a teraz wiem, że nie robiłam tego bezpodstawnie. Nigdy nie była moją matką,
-Gdy zginęła w wypadku samochodowym, trzy lata temu, postanowiłam, że muszę Cię odnaleźć, ponieważ poniekąd to i ja czułam się winna.
Spuszcza nisko głowę.
-To ... To nie twoja wina, Ana. - chlipię nieskładnie, gdy łzy zaczynają zalewać całe moje policzki. Czuję bezsilność, a jednocześnie wściekłość teraz wiedząc, że miała tyle czasu, by przyjąć mnie do swojego życia na nowo i na nowo pokochać.
Ściskam dłoń Any leżącą na moim udzie, by i jej dodać trochę otuchy. To co dla mnie zrobiła było czymś niewyobrażalnym i nie pewnie nigdy nie znajdę adekwatnego sposobu, żeby jej podziękować.
-Nie zginęła przeze mnie.- dodaje. - To był przypadek.
Wraz z przełykaną śliną przychodzi mi tysiące pytań dotyczących Jeremy'iego i Pattie, ale jestem zbyt rozdygotana, by drążyć tak ciężkie tematy dalej,
Malutkie życie porusza się we mnie, wywołując dyskomfort. Syczę cicho, a Ana uśmiecha się przenosząc dłoń w miejsce, gdzie można wyczuć ruch.
Odwzajemniam jej gest i ocieram łzy z policzka.
-Chcę do Justina. Potrzebuję go. - jęczę niczym mała dziewczynka, myśląc tylko o tym, jak wielkie ukojenie dadzą mi jego ramiona, cichy szept, zapach i delikatnie uspokajający dotyk.
-Już niedługo z nim będziesz.- odpowiada mi markotnie i przesuwa się w górę łóżka, by mnie objąć i pocałować matczynie w czoło. - Z moim synkiem. - szepcze jeszcze, a jedna łza, wielkości ziarna grochu wypływa z kącika jej idealnie wymalowanego oka. W tym momencie niemalże mogę poczuć, bijące od niej cierpienie, gdy jest tak bardzo blisko i wiem, że nie łatwo będzie jej go oddalić.

***
Budzę się nagle, gwałtownie, dreszcz opanowuje moje ciało, gdy stwierdzam, że z płaczu zasnąłem na podłodze. Szybko wstaję, siadając na kanapę. Obserwuję bałagan zrobiony wczoraj i mam ochotę się porzygać. Przecieram energicznie twarz, układam włosy i zerkam na telefon. Jedna nieodebrana wiadomość:

„Wracam jutro, dłużej nie wytrzymam."

Nagły stres paraliżuje mnie. Z niewiadomych przyczyn zaczynam drżeć, jak w gorączce. Ona - mój mały aniołeczek wróci, a bałagan w moim życiu jest o wiele wi3kszy niż ten w mieszkaniu.
Szybko wyrzucam z myśli Selenę, zakopując jej osobą w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu i biorę się za ogarnianie salonu, skupiając myśli tylko wokół Jess.
Tęskniłem, jak wariat. I mogłem stwierdzić, że gdyby była tutaj, moja kotwica, nic by się nie stało.
Mieszkanie wygląda, jak nowe w ciągu piętnastu minut. Podczas sprzątania zauważam, że w lewym kącie podnosi się podłoga, co znów oznaczało dla nas kłopoty - kłopoty z wilgocią. Uruchamia to również i moje kompleksy, ponieważ na razie nie jestem w stanie zapewnić nam lepszego lokum.
Zaraz po tym wychodzę. Na dworze jest naprawdę zimno. Chłodny wiatr rozwiewa poły mojej kurtki o kolorze khaki, a mimo to nie zapinam jej. Pragnę, by to doznanie obudziło we mnie ponowną zdolność świadomego myślenia, chociaż wiązało sie to z niemalże bólem, gdy małe iskierki zimna wbijały się w mięśnie mojego brzucha.
Droga na dworzec zajmuje tylko chwilę. Tam wiatr lekko ustaje, nie docierając do centrum dzięki przemyślanie rozmieszczonym budynkom.
Ciężkie koła pociągu zajeżdżają na stacje niemalże kilka sekund później. Na peronie rozpoczyna się wrzask i i popłoch. Dzieci płaczą, matki pchają duże walizki,  konduktor daje znak, a dźwięk ten przyprawia mnie o bóle głowy.
I wtedy dostrzegam ją - wychodzi z pociągu, trzymając w dłoni tylko mały plecak. Wiaterek rozwiewa jej włosy, odsłaniając jasną twarz i stwierdzam, że jest jeszcze piękniejsza niż kiedykolwiek. Jest lekko ubrana, dlatego widzę, że lekko się zaokrągliła, nadal wyglądając obłędnie.
Patrząc na nią, czuję, że tak jak statek zawija do bezpiecznego portu tak ja odzyskuje swoje oparcie, dzięki któremu mogę pokonać zło.
Płacze na mój widok, a łzy stają i r9wnież w moich oczach, gdy serce mi bije mocno, wypompowując z serca wszelkie wyrzuty sumienia, wobec tej kruchej istotki, którą porwałem pod swoje wielkie, czarne skrzydła.
Idziemy w swoją stronę, jak w każdej komedii romantycznej, choć nienawidzę ich oglądać. W połowie drogi przystaję i otwieram ramiona, by chwile lotem mogła w nie wpaść, upuszczając swój bagaż na betonową podłogę.
Mocno zaciągam się waniliowym zapachem jej włosów i wtulam w nie twarz. Lekko drży i nie jestem pewien, czy to z emocji czy zimna, więc oplatam ją ciaśniej ramionami.
Nic nie mówi, jej zaszklone oczy przyglądają mi się uważnie, skanując każdą rysę, aż w końcu zaczyna delikatnie muskać mojr usta swoimi. Oddaje się temu pocałunkowi, który jest jak płynąca po niebie chmurka. Przepełniające mnie uczucie jest błogie, wolne, w końcu takie, jakie powinno być.
Gdy kończę nasz pocałunek, przytykam swoje czoło do jej czoła i oddycham głęboko, lecz nie jestem w stanie utrzymać z nią dłuższego kontaktu wzrokowego. Wiem, że jest czegoś niepewna, lekko zmartwiona po postawie jej drobnego ciała i tego jak lekko dygocze w moich ramionach.
-Co jest, ptaszyno ? - pytam z gulą w gardle.
-Po prostu powiedz, że mnie kochasz, Justin. - mówi z desperacją, gdy ocieram kciukiem łzę z jej policzka.
I był to pierwszy raz, kiedy mnie zablokowało. Zablokowało do tego stopnia, że moje życie wydawało mi się jakimś pieprzonym żartem. Snem, najgorszym koszmarem, w którym nie niszczę tylko siebie, ale i osobę tak cholernie mi bliską. Osobę, która poświeciła dla mnie więcej niż ktokolwiek.
-Wiesz, jak jest, Jessi. - odpowiadam i całuję ją w czoło. Uśmiecha się charakterystycznie, marszcząc swój maleńki nosek. - Teraz wracajmy do domu.

***
-Czujesz to ?
Podnoszę lekko głowę, by spojrzeć na bruneta, który ma zamknięte powieki. Chwytam jego dłoń i przenoszę na lekko zaokrąglony brzuszek. Przytrzymuję ją tam do momentu kolejnego kopnięcia.
-Mhmm. - przytakuje z lekkim uśmiechem. Poprawiam się na kanapie, by uzyskać wygodniejszą pozycję na dość wąskiej kanapie.
-Nudziłeś się ? - zaczepiam go.
-Nie. - odpowiada szybko i odrobinę szorstko. Mój zapał opada i ponownie milknę. -A ty ?
-Nie. - pomawiam się po nim, lecz z wi3kszym entuzjazmem. - Ana nadal jest w żałobie, ale wydobrzeje.
-Akurat jej zdrowie psychiczne gówno mnie obchodzi. - dodaje sfrustrowany i gwałtownie podnosi się do pozycji siedzącej, tym zachowaniem kompletnie mnie oszałamiając. Wiedziałam, że od odkrycia prawdy drogi Jussa i Any się nie schodzą, ale nie aż tak by przy okazji krzywdzić mnie, gdy uderza swoim ramieniem w moje.
Chcę go skarcić, krzyknąć, ale dzwonek do drzwi skutecznie mi to uniemożliwia.
Justin podchodzi do nich z prędkością światła, jakby nadzwyczaj specjalnie uniknąć rozmowy na temat niedawnego zdarzenia, a ja odrzucam od siebie koc i układam go na oparciu.
Wesołe głosy Amandy, Luke'a, Jack'a i Madison sprawiają, że mój nastrój ulega zmianie na lepszy. Podnoszę się z kanapy i podchodzę bliżej.
-Mój Boże ! Jaki duży !- woła Madison na przywitanie i podbiega, by dotknąć mojego brzucha.
Amanda tylko wywraca oczami i przytula mnie, całując w policzek.
-Opowiadaj, jak na urlopie ! Bardzo tęskniłyśmy.

***
Trujący dym wypełnia po brzegi moje płuca, gdy wcześniej się wymykając, powoli palę papierosa przy oknie w naszej sypialni. Nieprzyjemny zapach rozprzestrzenia się również do salonu, ale nie robię z tym nic mając nadzieje, ze dziewczyny same sobie z tym poradzą.
-Możemy pogadać ?
Najpierw słyszę głos należący do Jack'a, a następnie wyraźne kroki, gdy wchodzi nie dając mi czasu na wydanie polecenia.
-Jak zawsze, przyjacielu. - odpowiadam, gasząc papierosa, a ostatnią porcję dymu wydmuchuję przez usta. Niedopałek wyrzucam przez okno, mając w nosie to co jutro powie sąsiadka z dołu.
-Co to robiło w salonie ? - pyta oschle, a gdy zauważa moją zdezorientowaną minę, rzuca w moją stronę małą paczuszką z białym proszkiem.
-Skąd to masz ? ! - krzyczę wściekle.
-Kurwa, stary, gdyby nie ja Jess już by to zauważyła ! - tłumaczy się. - Nie wiem, co aktualnie robisz ze swoim życiem, ale skończ to zanim będzie za późno.
-Nic nie wiesz, Jack. - zbywam go, chowając folijkę w szufladzie - tam, gdzie jestem pewny, że nie popełnię kolejnej gafy.
-Myślisz, że jak zapytam Seleny to zostanę uświadomiony ? - drwi z ironicznym uśmiechem, krzyżując ręce.
-Nawet, kurwa, nie zaczynaj. Robię to dla naszego dobra. - gestem ręki pokazuje na wyśmienicie bawiącą się w salonie Jessi wraz z dziewczynami.
-Nasze interesy to gówno, ale dragi to dno stary. - odpowiada spokojnie.
-Poradzę sobie.
-Nie wątpię, Juss. - prycha. -Ale zastanów się, czy na pewno warto. Nie wiem, czy któryś x nas będzie w stanie Cię z tego gówna wyciągnąć.

***
Lekki mrok, rozpraszany przez światło latarni, wpadające przez niezasłonięte zasłoną okna, oświetla nasze ciała, tworząc na nich jasną poświatę. Leżąca obok mnie ptaszyna otulona jest kołdrą niemalże po sam nos. Nie tylko ona poczuła chłód panujący przez to, że wydając się z relacje z Gomez zapomniałem zapłacić rachunków.
Całuję ją szybko w czoło i wychodzę z łóżka.
-To dla ciebie. - szepczę, obracając się na pięcie, by opuścić mieszkanie. Na klatce schodowej panuje okropny smród, dlatego szybko pokonuję schody i cieszę się, gdy mogę w końcu znaleźć się w swoim nowiutkim Audi R8. Mknę nim po mieście łagodnie i swobodnie, gdyż o tak późnej godzinie nie ma już zbytniego ruchu. W głośnikach rozbrzmiewa jakiś trudny kawałek rapu, a pomiędzy moimi palcami obracam papierosa.
Kończę go wraz z przyjazdem na parking magazynu. Samochód z przyciemnionymi wszystkimi szybami, czeka już przy wejściu wraz z jego właścicielką, która robiła to samo. Ściskam mocno kierownicę, gdy wykonuję manewr parkowania tyłem, czując wielką nienawiść pomieszaną z wieloma innymi emocjami. Lekki dreszcz przechodzi mi po kręgosłupie, gdy wysiadam, zakładając kaptur czarnej bluzy na głowę.
-Zapomniałaś czegoś. - "witam się" otwierając ciężkie drzwi magazynu. Nie bawię się nawet w dżentelmena i wchodzę pierwszy nie przejmując się Gomez tylko w krótkiej sukience.
-A może to był prezent ? - uśmiecha się cwaniacki. Krzyżuje ręce i bokiem opiera się o stary kredens, w którym trzymamy naboje, uwydatniając swoje pośladki.
-Może i zgodziłem się sprzedawać to tym głupim ludziom, ale w to gówno sam bawić się nie będę. - oznajmiam, siadając na kanapę. Osuwam się na niej lekko, by zając wygodną pozycję.
-Ah, trawka, zapominałam, Juss. - odpowiada swobodnie, zdejmując z siebie nie widzialne pyłki. Zaciskam dłonie w pięści, słysząc zdrobnienie, którym nazywała mnie tylko jedna osoba. Czuję, jak krew zaczyna szybciej krążyć w moim ciele, a serce bić sto razy bardziej.
-Cholernie wolę, jak masz zamknięte usta. - rzucam sarkastycznie i mam nadzieję, że zrozumiała mój przekaz. Jej szeroki uśmiech mnie tylko w tym utwierdza.
-A ja wolę, kiedy błagasz o to.
Przez chwilę nienawidzę jej jeszcze bardziej.
Jak dzikie zwierze rzucam się w jej stronę i przez moment nie jestem pewny, czy powstrzymam się przed uderzeniem jej.
Dobiegam do dziewczyny w mgnieniu oka i dociskam jej ciało do swojego tak, że zmuszona jest oprzeć się o kredens, który zatrzeszczał lekko.
-Hamuj się, kurwa. - ostrzegam, sycząc ze złością.
-Kolejne zlecenie. - olewa mnie i stopą pokazuje torbę, której nawet wcześniej nie zauważyłem. Przy okazji specjalnie zahacza szpilką o moją łydkę. Moja zdezorientowana mina powoduje, że sama domyśla się niezadanych przeze mnie pytań. - Nigdy nie powiedziałam, że to będzie ten jeden raz, Bieber.
-Nie pogrywaj ze mną, Gomez.
-Ale ty tego chcesz. - mówi pewnie, owijając swoją rękę wokół mojego karku. Zbliża swoje usta do moich, a lewa dłoń, ląduje na moim rozporku.
-Idiotka. - rzucam i walczę z pokusą, żeby ugryźć ją w szyję tak, jak lubiła. Jestem wściekły, zły, sfrustrowany , że potrafi podniecić mnie w ułamku sekundy mimo, że tak bardzo jej nienawidzę. - To ty wpierdoliłaś się z butami do mojego życia.
-Bo ono nie jest dla ciebie, Justin.
Jej oddech owiewa moje ucho, a prawa dłoń zwinnie odpina zamek i dostaje się do tego, co najcenniejsze kryje się w moich bokserkach. Wydaję z siebie gardłowy jęk, bo robi to cholernie dobrze.
-Nic nie wiesz, Selena. Kompletnie, kurwa, nic. - odpowiadam z trudem. Wkładam twarz w jej włosy, a moje zęby odnajdują miejsce w jej smuklej szyi.
-Wiem, że teraz bardzo byś chciał, żebym się w końcu zamknęła. - odpowiada i kuca przede mną.

***
Ból, naprzemiennie z dreszczami, wyrywa mnie ze spokojnego snu. Otwieram gwałtownie oczy i odruchowo chwytam się za bolący brzuch. Moje czoło oblewa pot i dzieje się tak również z resztą ciała.
-Justin ? - wołam cicho, bo tylko na tyle mnie stać. Przy następnej fali boleści krzyczę cicho, a gdy chwilowo przemija, odrzucam od siebie kołdrę i spoglądam na materac. Jego czystość, sprawia, że biorę jeden głębszy wdech.
Nie dostając odzewu, udaje mi się wstać z łóżka. Moje nogi są zdrętwiałe i choć ból staje się coraz gorszy idę do drugiej części naszego mieszkania, w którym jest bardzo zimna. Małe włoski na ciele stają dęba, a na dłonie pokrywają się gęsią skórką.
-Gdzie ty jesteś ? - pytam siebie, zaciskając mocno zęby, gdy kolejna fala bólu, przechodzi przez mój brzuch. Zaczynam płakać i osuwam się na ziemie nie mając już siły, by wstać.
Płaczę długo z bezsilności, a gdy w końcu przestaje z powodu braku sił i ból ustaje.  Cały czas gładzę się po brzuchu, przyzywając w myślach Justina. Mogłabym zadzwonić, lecz telefon zostawiwszy w sypialni nie miałam takiej możliwości.
Jestem zła i tylko to pozwala mi się uspokoić. Jego zniknięcie pozwala mi zauważyć, że to kolejny okaz jego dziwnego zachowania. Miłością do niego próbuję sobie wszystko tłumaczyć, lecz to tylko powoduje kolejne łzy - Jak mógł mnie zostawić ? Dlaczego ? Gdzie poszedł ?
Nie powinien, nie powinien mnie zostawić - i jest to jedyny wniosek, który wyciągam.
Ocieram dłonią łzy i powoli wstaję. Ból ustąpił i w drodze powrotnej do sypialni modlę się, by to nie było nic poważnego.
Ponownie kładę się i dokładnie okrywam ciepłym puchem, a moje ręce pozostają na brzuchu. Jedna łza na policzku pozostaje na swoim miejscu, jakby świadczyła i była symbolem wielkiego zranienia, gdy jedyna osoba, na jakiej najbardziej nam zależy ma przed Tobą więcej tajemnic niż mógłbyś się spodziewać.



---------------------------------------------------------------
 

Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.