środa, 7 czerwca 2017

II Rozdział 10





-Do kiedy mam czas ? - pytam zachrypniętym głosem, gdyż po dłużej chwili cichego liczenia małych torebek zaschło mi w gardle. Wrzucam cały ich stos ponownie do pudełka, pozbywając się tego ze swoich kolan. Zerkam na pół nagą Selenę, która kończy swoją robotę. Kiwając głową daje mi znak, że za chwilę odpowie. Wzdycham i gładzę się ręką po gołej klatce piersiowej, blisko serca. Nie poczułem nawet jego bicia, a nadal żyłem, choć wewnętrznie byłem już trupem - żadnych uczuć nie potrafiłem w sobie znaleźć, byłem jak balon bez helu - zupełnie wypompowany z życiodajnych substancji i bezużyteczny.
Potem przeczesuję roztrzepane włosy i zawieszam wzrok na długich, skrzyżowanych nogach Seleny. Zupełnie nie krępowało ją to, że siedzi obok mnie w samej bieliźnie, a mnie to, że przed chwilą uprawialiśmy gorący seks. Jeszcze do tej pory jej ciało zdobiły odbicia moich dłoni, w miejscach gdzie za mocno ją chwyciłem, a cały podkład z prawego policzka wytarła w poduszkę, gdy brałem ją od tyłu.
Ironia tej sytuacji była okropna - stare życie powróciło jak bumerang. Jak wtedy siedzieliśmy razem, zamieszani w podejrzane interesy i spragnieni siebie. Teraz nie potrzebowałem niczego innego, jak mocnego papierosa i kilku shot’ów, ewentualnie wielkiego kopniaka, by jakakolwiek emocja znów się we mnie pojawiła.
-A więc. - jej głos sprowadza mnie do rzeczywistości. W mieszkaniu jest ciepło, co sprawia, że dostaję lekkich wypieków na twarzy. - Cudownie byłoby, gdybyś wyrobił się jeszcze w tym tygodniu. - kończy, nie patrząc na mnie. Jak ja chowa działki do pudełka i skrupulatnie je zamyka.
-Tylko dyskoteka ? - dopytuję.
-Tak. - zakłada włosy za ucho i po raz pierwszy wzrok zatrzymuje na mnie. - Będzie tam wiele naszych stałych klientów, trochę świeżaków, ale dobrze wiesz, jak sobie z nimi poradzić.
-Owszem. - potakuję, czując dumę. - Ewentualnie wykorzystam twoje stare sposoby.
-O co ci teraz chodzi ?
Wyczuwa sarkazm w powiedzianym przeze mnie zdaniu, lecz nie irytuje się. Jako oaza spokoju wstaje z kanapy, kręcąc zalotnie dupą w poszukiwaniu swoich wierzchnich ubrań.
- Och. - śmieje się głupkowato. - Nie uda mi się to, bo nie mam cycków.
-Kiedy mnie pieprzyłeś nie byłeś taki zabawny. - zauważa z chytrym uśmiechem. Staje przede mną w lekkim rozkroku i na szpilkach, które zdążyła założyć. To wystarcza, by mnie skutecznie uciszyć. Mój uśmiech znika, a twarz zmienia się w minę obrażonego pięciolatka, któremu starszy brat zabrał czekoladki. -A może nagle przypomniałeś sobie sielankę z naszą słodką Jessi, huh ?
Doskonale wiedziała, gdzie zadać cios, by zabolał najbardziej.
-Wyjdź. - warczę cicho.
-Ups, chyba weszłam na cienki lód.- jej śmiech jest perlisty, a jego echo roznosi się po mieszkaniu. Sprawia to, że moje uszy dla odmiany krwawią.
-Nie byłaś taka rozmowna, gdy cię pieprzyłem. - odszczekuję się. Obrona atakiem to było moje drugie imię.  Gomez pochyla się w moją stronę tak, że jej jędrne cycki mam przed samymi oczami, a jej długie włosy łaskoczą moje obojczyki.
-Byłam wtedy, jak ona. Wiecznie cicha i cnotliwa. Nie obchodzi mnie wasz związek, ale do tej pory zastanawia mnie jedna rzeczy ... Co Ty tak naprawdę w niej widzisz, Bieber, że nawet bachora zmajstrowałeś ? - odpowiada, szepcząc. Zaciskam dłonie w pięści powstrzymując się tylko, by jej nie uderzyć.
-Wyjdź, Gomez, zanim ...
-Tak ! Wiem ! - krzyczy, oddalając się ode mnie, wraz z zapachem jej ciężkich perfum. W ekspresowym tempie ubiera się i poprawia włosy, kiedy ja odzyskuję panowanie nad własnym ciałem. - Kochasz ją i mnie to naprawdę nie interesuje. Przyzwyczaiłam się do statusu naszej relacji.
-Nie mamy żadnej relacji, Selena. To było tylko pieprzenie. Teraz możesz zniknąć.
-Widzisz, nie wmawiaj sobie, że się zmieniłeś. - oznajmia.
-Wypierdalaj ! - krzyczę, zdzierając gardło, rzucając w nią dodatkowo poduszką. Chybiłem, bo spadał tuż obok jest stóp. Na koniec posłała mi tylko jedno spojrzenie i wyszła nie omieszkując trzasnąć drzwiami.
Zaraz po tym na podłodze wylądowały również kolejne , zrzucane przeze mnie w akcie nieopanowanej, nieposkromionej, niepohamowanej złości. Ucierpiał również stolik, który kopnąłem z całej siły i stara doniczka z uschniętym kwiatkiem, którą odziedziczyliśmy jeszcze po poprzednim właścicielu. Zmęczony, spocony i z bijącym sercem opadam na kanapie. Przeczesuje nerwowo włosy i chowam twarz w dłoniach. Napada mnie niezwykła ochota na popłakanie się, jak baba. To co robiłem było okropne, dziwne, niezrozumiałe, zupełnie popieprzone.
Ale to życie sprawiało, że czułem się sobą. Jessi jest najważniejszą osobą, przy nie czułem wszystkie te głupie rzeczy, które możesz doświadczyć tylko wtedy, gdy kogoś kochasz. To ta miłość umożliwia Ci zwiedzanie terenów, które nigdy nie były osiągalne, pozwala zrozumieć dlaczego z lewa stajesz się tylko łaszącym się kotem. Jesteś nadzwyczajnie bezbronny, ale czy to wszystko tłumaczyło to, jak się czułem aktualnie ?

***

Cichy szelest otwieranych drzwi do mojego tymczasowego pokoju sprawia, że podnoszę wzrok znad ciekawego kryminału i uśmiecham się szeroko, widząc Anę w drzwiach. Trzyma metalową tacę, na której dumnie spoczywa stary imbryk jej babci i dołączone do kompletu dwie porcelanowe filiżaneczki.
-Można ? - pyta luźno, łokciem torując sobie przejście, tak, by drewniane drzwi nie uderzyły jej ponownie. Kiwam tylko głową i odkładam książkę na niską szafkę nocną. Przesuwam sie lekko na łóżku i otulam kocem jeszcze bardziej swój brzuszek.
Ana siada obok mnie, stawiając tacę na materacu. Powoli zalewa, umieszczone w filiżaneczkach torebki owocowej herbaty, gorącą wodą, a po chwili cala esencja zaczyna się unosić wokół nas.
-Chciałabym już wracać do domu. - oznajmiam, korzystając z tego, że panowała pomiędzy nami cisza. Tęskniłam za Justinem, naszym mieszkaniem, naszym życiem. Przez ostatnie dni zaczęłam się czuć obco w domu Any, bo brakowało w nim osoby, którą kochałam ponad wszystko.
-Rozumiem to, Jess. - stwierdza cicho i wymusza lekki uśmiech, podając mi moją porcję herbaty. -Ale zanim to zrobisz, musisz coś wiedzieć.
-Czy coś się stało ? - pytam z poruszeniem, próbując się poprawić do pozycji bardziej siedzącej. Szybko rezygnuję czując ból kręgosłupa.
-Spokojnie. - kobieta przykrywa moją dłoń swoją. - Chodzi o to, że jest historia, której nie znasz, a adoptowanie Ciebie wcale nie było przypadkowe.
Jej wyznanie powoduje, że lekko zawirowało mi w głowie.
-To znaczy, że znałaś moich rodziców ? - te słowa ledwie przechodzą mi przez gardło.
-Żeby tylko. - prycha, a jej twarz rozświetla się szerokim uśmiechem. - Chodziliśmy razem do liceum.
Na te słowa moje oczy powiększają się do rozmiarów pięciozłotówki i choć mam świadomość, jak niedorzecznie to może wyglądać, w bezruchu nadal wpatruję się w Anę. Chcę poznać tę historię, zrozumieć to, dlaczego własna matka okazała się tak zimną kobietą bez skrupułów.
- Uczęszczaliśmy do tej samej szkoły, dopóki do mojej klasy nie dołączył Jeremy. Twoja matka oszalała na jego punkcie robiąc wszystko, byle zwrócił na nią uwagę. Nie udało się.
Ana ciężko wzdycha, rysy jej twarzy rozluźniają się, tworząc zmartwioną poświat3 na jej twarzy. Czuję gorąco w klatce piersiowej, spowodowane niecierpliwością, a dłonie lekko mi się pocą.
-Zaszła w ciąże z innym. Jordan nie był tego wart. Przepraszam, Jess ... Ale ona Cię nienawidziła.- mówi szybko i nie wyraźnie tak, jakby chciałabym nigdy tego nie usłyszała.
W tej samej chwili tracę większość swojej godności i część swojego serca, która jeszcze w jakiś sposób usprawiedliwiała jej zachowanie.
Ana od razu zauważa plątaninę emocji i kładzie dłoń na moim udzie.
-Nasz kontakt się urwał, nie chciała słuchać moich rad, odtrącała mnie. Również obwiniała za to, że zaprzyjaźniłam się z Jeremy'm.
Mój oddech przyśpiesza i gdyby ktoś wsłuchiwałby się w niego dokładnie mógłby stwierdzić, że lada chwila, a wydam na siebie wyrok, dusząc się.
Obwiniałam ją za wszytko, co stało się w moim życiu, a teraz wiem, że nie robiłam tego bezpodstawnie. Nigdy nie była moją matką,
-Gdy zginęła w wypadku samochodowym, trzy lata temu, postanowiłam, że muszę Cię odnaleźć, ponieważ poniekąd to i ja czułam się winna.
Spuszcza nisko głowę.
-To ... To nie twoja wina, Ana. - chlipię nieskładnie, gdy łzy zaczynają zalewać całe moje policzki. Czuję bezsilność, a jednocześnie wściekłość teraz wiedząc, że miała tyle czasu, by przyjąć mnie do swojego życia na nowo i na nowo pokochać.
Ściskam dłoń Any leżącą na moim udzie, by i jej dodać trochę otuchy. To co dla mnie zrobiła było czymś niewyobrażalnym i nie pewnie nigdy nie znajdę adekwatnego sposobu, żeby jej podziękować.
-Nie zginęła przeze mnie.- dodaje. - To był przypadek.
Wraz z przełykaną śliną przychodzi mi tysiące pytań dotyczących Jeremy'iego i Pattie, ale jestem zbyt rozdygotana, by drążyć tak ciężkie tematy dalej,
Malutkie życie porusza się we mnie, wywołując dyskomfort. Syczę cicho, a Ana uśmiecha się przenosząc dłoń w miejsce, gdzie można wyczuć ruch.
Odwzajemniam jej gest i ocieram łzy z policzka.
-Chcę do Justina. Potrzebuję go. - jęczę niczym mała dziewczynka, myśląc tylko o tym, jak wielkie ukojenie dadzą mi jego ramiona, cichy szept, zapach i delikatnie uspokajający dotyk.
-Już niedługo z nim będziesz.- odpowiada mi markotnie i przesuwa się w górę łóżka, by mnie objąć i pocałować matczynie w czoło. - Z moim synkiem. - szepcze jeszcze, a jedna łza, wielkości ziarna grochu wypływa z kącika jej idealnie wymalowanego oka. W tym momencie niemalże mogę poczuć, bijące od niej cierpienie, gdy jest tak bardzo blisko i wiem, że nie łatwo będzie jej go oddalić.

***
Budzę się nagle, gwałtownie, dreszcz opanowuje moje ciało, gdy stwierdzam, że z płaczu zasnąłem na podłodze. Szybko wstaję, siadając na kanapę. Obserwuję bałagan zrobiony wczoraj i mam ochotę się porzygać. Przecieram energicznie twarz, układam włosy i zerkam na telefon. Jedna nieodebrana wiadomość:

„Wracam jutro, dłużej nie wytrzymam."

Nagły stres paraliżuje mnie. Z niewiadomych przyczyn zaczynam drżeć, jak w gorączce. Ona - mój mały aniołeczek wróci, a bałagan w moim życiu jest o wiele wi3kszy niż ten w mieszkaniu.
Szybko wyrzucam z myśli Selenę, zakopując jej osobą w najgłębszych zakamarkach mojego umysłu i biorę się za ogarnianie salonu, skupiając myśli tylko wokół Jess.
Tęskniłem, jak wariat. I mogłem stwierdzić, że gdyby była tutaj, moja kotwica, nic by się nie stało.
Mieszkanie wygląda, jak nowe w ciągu piętnastu minut. Podczas sprzątania zauważam, że w lewym kącie podnosi się podłoga, co znów oznaczało dla nas kłopoty - kłopoty z wilgocią. Uruchamia to również i moje kompleksy, ponieważ na razie nie jestem w stanie zapewnić nam lepszego lokum.
Zaraz po tym wychodzę. Na dworze jest naprawdę zimno. Chłodny wiatr rozwiewa poły mojej kurtki o kolorze khaki, a mimo to nie zapinam jej. Pragnę, by to doznanie obudziło we mnie ponowną zdolność świadomego myślenia, chociaż wiązało sie to z niemalże bólem, gdy małe iskierki zimna wbijały się w mięśnie mojego brzucha.
Droga na dworzec zajmuje tylko chwilę. Tam wiatr lekko ustaje, nie docierając do centrum dzięki przemyślanie rozmieszczonym budynkom.
Ciężkie koła pociągu zajeżdżają na stacje niemalże kilka sekund później. Na peronie rozpoczyna się wrzask i i popłoch. Dzieci płaczą, matki pchają duże walizki,  konduktor daje znak, a dźwięk ten przyprawia mnie o bóle głowy.
I wtedy dostrzegam ją - wychodzi z pociągu, trzymając w dłoni tylko mały plecak. Wiaterek rozwiewa jej włosy, odsłaniając jasną twarz i stwierdzam, że jest jeszcze piękniejsza niż kiedykolwiek. Jest lekko ubrana, dlatego widzę, że lekko się zaokrągliła, nadal wyglądając obłędnie.
Patrząc na nią, czuję, że tak jak statek zawija do bezpiecznego portu tak ja odzyskuje swoje oparcie, dzięki któremu mogę pokonać zło.
Płacze na mój widok, a łzy stają i r9wnież w moich oczach, gdy serce mi bije mocno, wypompowując z serca wszelkie wyrzuty sumienia, wobec tej kruchej istotki, którą porwałem pod swoje wielkie, czarne skrzydła.
Idziemy w swoją stronę, jak w każdej komedii romantycznej, choć nienawidzę ich oglądać. W połowie drogi przystaję i otwieram ramiona, by chwile lotem mogła w nie wpaść, upuszczając swój bagaż na betonową podłogę.
Mocno zaciągam się waniliowym zapachem jej włosów i wtulam w nie twarz. Lekko drży i nie jestem pewien, czy to z emocji czy zimna, więc oplatam ją ciaśniej ramionami.
Nic nie mówi, jej zaszklone oczy przyglądają mi się uważnie, skanując każdą rysę, aż w końcu zaczyna delikatnie muskać mojr usta swoimi. Oddaje się temu pocałunkowi, który jest jak płynąca po niebie chmurka. Przepełniające mnie uczucie jest błogie, wolne, w końcu takie, jakie powinno być.
Gdy kończę nasz pocałunek, przytykam swoje czoło do jej czoła i oddycham głęboko, lecz nie jestem w stanie utrzymać z nią dłuższego kontaktu wzrokowego. Wiem, że jest czegoś niepewna, lekko zmartwiona po postawie jej drobnego ciała i tego jak lekko dygocze w moich ramionach.
-Co jest, ptaszyno ? - pytam z gulą w gardle.
-Po prostu powiedz, że mnie kochasz, Justin. - mówi z desperacją, gdy ocieram kciukiem łzę z jej policzka.
I był to pierwszy raz, kiedy mnie zablokowało. Zablokowało do tego stopnia, że moje życie wydawało mi się jakimś pieprzonym żartem. Snem, najgorszym koszmarem, w którym nie niszczę tylko siebie, ale i osobę tak cholernie mi bliską. Osobę, która poświeciła dla mnie więcej niż ktokolwiek.
-Wiesz, jak jest, Jessi. - odpowiadam i całuję ją w czoło. Uśmiecha się charakterystycznie, marszcząc swój maleńki nosek. - Teraz wracajmy do domu.

***
-Czujesz to ?
Podnoszę lekko głowę, by spojrzeć na bruneta, który ma zamknięte powieki. Chwytam jego dłoń i przenoszę na lekko zaokrąglony brzuszek. Przytrzymuję ją tam do momentu kolejnego kopnięcia.
-Mhmm. - przytakuje z lekkim uśmiechem. Poprawiam się na kanapie, by uzyskać wygodniejszą pozycję na dość wąskiej kanapie.
-Nudziłeś się ? - zaczepiam go.
-Nie. - odpowiada szybko i odrobinę szorstko. Mój zapał opada i ponownie milknę. -A ty ?
-Nie. - pomawiam się po nim, lecz z wi3kszym entuzjazmem. - Ana nadal jest w żałobie, ale wydobrzeje.
-Akurat jej zdrowie psychiczne gówno mnie obchodzi. - dodaje sfrustrowany i gwałtownie podnosi się do pozycji siedzącej, tym zachowaniem kompletnie mnie oszałamiając. Wiedziałam, że od odkrycia prawdy drogi Jussa i Any się nie schodzą, ale nie aż tak by przy okazji krzywdzić mnie, gdy uderza swoim ramieniem w moje.
Chcę go skarcić, krzyknąć, ale dzwonek do drzwi skutecznie mi to uniemożliwia.
Justin podchodzi do nich z prędkością światła, jakby nadzwyczaj specjalnie uniknąć rozmowy na temat niedawnego zdarzenia, a ja odrzucam od siebie koc i układam go na oparciu.
Wesołe głosy Amandy, Luke'a, Jack'a i Madison sprawiają, że mój nastrój ulega zmianie na lepszy. Podnoszę się z kanapy i podchodzę bliżej.
-Mój Boże ! Jaki duży !- woła Madison na przywitanie i podbiega, by dotknąć mojego brzucha.
Amanda tylko wywraca oczami i przytula mnie, całując w policzek.
-Opowiadaj, jak na urlopie ! Bardzo tęskniłyśmy.

***
Trujący dym wypełnia po brzegi moje płuca, gdy wcześniej się wymykając, powoli palę papierosa przy oknie w naszej sypialni. Nieprzyjemny zapach rozprzestrzenia się również do salonu, ale nie robię z tym nic mając nadzieje, ze dziewczyny same sobie z tym poradzą.
-Możemy pogadać ?
Najpierw słyszę głos należący do Jack'a, a następnie wyraźne kroki, gdy wchodzi nie dając mi czasu na wydanie polecenia.
-Jak zawsze, przyjacielu. - odpowiadam, gasząc papierosa, a ostatnią porcję dymu wydmuchuję przez usta. Niedopałek wyrzucam przez okno, mając w nosie to co jutro powie sąsiadka z dołu.
-Co to robiło w salonie ? - pyta oschle, a gdy zauważa moją zdezorientowaną minę, rzuca w moją stronę małą paczuszką z białym proszkiem.
-Skąd to masz ? ! - krzyczę wściekle.
-Kurwa, stary, gdyby nie ja Jess już by to zauważyła ! - tłumaczy się. - Nie wiem, co aktualnie robisz ze swoim życiem, ale skończ to zanim będzie za późno.
-Nic nie wiesz, Jack. - zbywam go, chowając folijkę w szufladzie - tam, gdzie jestem pewny, że nie popełnię kolejnej gafy.
-Myślisz, że jak zapytam Seleny to zostanę uświadomiony ? - drwi z ironicznym uśmiechem, krzyżując ręce.
-Nawet, kurwa, nie zaczynaj. Robię to dla naszego dobra. - gestem ręki pokazuje na wyśmienicie bawiącą się w salonie Jessi wraz z dziewczynami.
-Nasze interesy to gówno, ale dragi to dno stary. - odpowiada spokojnie.
-Poradzę sobie.
-Nie wątpię, Juss. - prycha. -Ale zastanów się, czy na pewno warto. Nie wiem, czy któryś x nas będzie w stanie Cię z tego gówna wyciągnąć.

***
Lekki mrok, rozpraszany przez światło latarni, wpadające przez niezasłonięte zasłoną okna, oświetla nasze ciała, tworząc na nich jasną poświatę. Leżąca obok mnie ptaszyna otulona jest kołdrą niemalże po sam nos. Nie tylko ona poczuła chłód panujący przez to, że wydając się z relacje z Gomez zapomniałem zapłacić rachunków.
Całuję ją szybko w czoło i wychodzę z łóżka.
-To dla ciebie. - szepczę, obracając się na pięcie, by opuścić mieszkanie. Na klatce schodowej panuje okropny smród, dlatego szybko pokonuję schody i cieszę się, gdy mogę w końcu znaleźć się w swoim nowiutkim Audi R8. Mknę nim po mieście łagodnie i swobodnie, gdyż o tak późnej godzinie nie ma już zbytniego ruchu. W głośnikach rozbrzmiewa jakiś trudny kawałek rapu, a pomiędzy moimi palcami obracam papierosa.
Kończę go wraz z przyjazdem na parking magazynu. Samochód z przyciemnionymi wszystkimi szybami, czeka już przy wejściu wraz z jego właścicielką, która robiła to samo. Ściskam mocno kierownicę, gdy wykonuję manewr parkowania tyłem, czując wielką nienawiść pomieszaną z wieloma innymi emocjami. Lekki dreszcz przechodzi mi po kręgosłupie, gdy wysiadam, zakładając kaptur czarnej bluzy na głowę.
-Zapomniałaś czegoś. - "witam się" otwierając ciężkie drzwi magazynu. Nie bawię się nawet w dżentelmena i wchodzę pierwszy nie przejmując się Gomez tylko w krótkiej sukience.
-A może to był prezent ? - uśmiecha się cwaniacki. Krzyżuje ręce i bokiem opiera się o stary kredens, w którym trzymamy naboje, uwydatniając swoje pośladki.
-Może i zgodziłem się sprzedawać to tym głupim ludziom, ale w to gówno sam bawić się nie będę. - oznajmiam, siadając na kanapę. Osuwam się na niej lekko, by zając wygodną pozycję.
-Ah, trawka, zapominałam, Juss. - odpowiada swobodnie, zdejmując z siebie nie widzialne pyłki. Zaciskam dłonie w pięści, słysząc zdrobnienie, którym nazywała mnie tylko jedna osoba. Czuję, jak krew zaczyna szybciej krążyć w moim ciele, a serce bić sto razy bardziej.
-Cholernie wolę, jak masz zamknięte usta. - rzucam sarkastycznie i mam nadzieję, że zrozumiała mój przekaz. Jej szeroki uśmiech mnie tylko w tym utwierdza.
-A ja wolę, kiedy błagasz o to.
Przez chwilę nienawidzę jej jeszcze bardziej.
Jak dzikie zwierze rzucam się w jej stronę i przez moment nie jestem pewny, czy powstrzymam się przed uderzeniem jej.
Dobiegam do dziewczyny w mgnieniu oka i dociskam jej ciało do swojego tak, że zmuszona jest oprzeć się o kredens, który zatrzeszczał lekko.
-Hamuj się, kurwa. - ostrzegam, sycząc ze złością.
-Kolejne zlecenie. - olewa mnie i stopą pokazuje torbę, której nawet wcześniej nie zauważyłem. Przy okazji specjalnie zahacza szpilką o moją łydkę. Moja zdezorientowana mina powoduje, że sama domyśla się niezadanych przeze mnie pytań. - Nigdy nie powiedziałam, że to będzie ten jeden raz, Bieber.
-Nie pogrywaj ze mną, Gomez.
-Ale ty tego chcesz. - mówi pewnie, owijając swoją rękę wokół mojego karku. Zbliża swoje usta do moich, a lewa dłoń, ląduje na moim rozporku.
-Idiotka. - rzucam i walczę z pokusą, żeby ugryźć ją w szyję tak, jak lubiła. Jestem wściekły, zły, sfrustrowany , że potrafi podniecić mnie w ułamku sekundy mimo, że tak bardzo jej nienawidzę. - To ty wpierdoliłaś się z butami do mojego życia.
-Bo ono nie jest dla ciebie, Justin.
Jej oddech owiewa moje ucho, a prawa dłoń zwinnie odpina zamek i dostaje się do tego, co najcenniejsze kryje się w moich bokserkach. Wydaję z siebie gardłowy jęk, bo robi to cholernie dobrze.
-Nic nie wiesz, Selena. Kompletnie, kurwa, nic. - odpowiadam z trudem. Wkładam twarz w jej włosy, a moje zęby odnajdują miejsce w jej smuklej szyi.
-Wiem, że teraz bardzo byś chciał, żebym się w końcu zamknęła. - odpowiada i kuca przede mną.

***
Ból, naprzemiennie z dreszczami, wyrywa mnie ze spokojnego snu. Otwieram gwałtownie oczy i odruchowo chwytam się za bolący brzuch. Moje czoło oblewa pot i dzieje się tak również z resztą ciała.
-Justin ? - wołam cicho, bo tylko na tyle mnie stać. Przy następnej fali boleści krzyczę cicho, a gdy chwilowo przemija, odrzucam od siebie kołdrę i spoglądam na materac. Jego czystość, sprawia, że biorę jeden głębszy wdech.
Nie dostając odzewu, udaje mi się wstać z łóżka. Moje nogi są zdrętwiałe i choć ból staje się coraz gorszy idę do drugiej części naszego mieszkania, w którym jest bardzo zimna. Małe włoski na ciele stają dęba, a na dłonie pokrywają się gęsią skórką.
-Gdzie ty jesteś ? - pytam siebie, zaciskając mocno zęby, gdy kolejna fala bólu, przechodzi przez mój brzuch. Zaczynam płakać i osuwam się na ziemie nie mając już siły, by wstać.
Płaczę długo z bezsilności, a gdy w końcu przestaje z powodu braku sił i ból ustaje.  Cały czas gładzę się po brzuchu, przyzywając w myślach Justina. Mogłabym zadzwonić, lecz telefon zostawiwszy w sypialni nie miałam takiej możliwości.
Jestem zła i tylko to pozwala mi się uspokoić. Jego zniknięcie pozwala mi zauważyć, że to kolejny okaz jego dziwnego zachowania. Miłością do niego próbuję sobie wszystko tłumaczyć, lecz to tylko powoduje kolejne łzy - Jak mógł mnie zostawić ? Dlaczego ? Gdzie poszedł ?
Nie powinien, nie powinien mnie zostawić - i jest to jedyny wniosek, który wyciągam.
Ocieram dłonią łzy i powoli wstaję. Ból ustąpił i w drodze powrotnej do sypialni modlę się, by to nie było nic poważnego.
Ponownie kładę się i dokładnie okrywam ciepłym puchem, a moje ręce pozostają na brzuchu. Jedna łza na policzku pozostaje na swoim miejscu, jakby świadczyła i była symbolem wielkiego zranienia, gdy jedyna osoba, na jakiej najbardziej nam zależy ma przed Tobą więcej tajemnic niż mógłbyś się spodziewać.



---------------------------------------------------------------
 

Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.

wtorek, 4 października 2016

II Rozdział 9


~dwa dni później~



Czy znasz już to uczucie, kiedy czujesz się, jak kompletne gówno, tracąc całą ochotę do życia. Czy kiedykolwiek czułeś, że toniesz, a jednak nikt nie podał Ci koła ratunkowego ? W tej sytuacji to ja go nie przyjąłem. Nie potrzebowałem nic - poczucie winy i wyrzuty sumienia niszczyły od środka, ale to było dobre, dobre, by zapamiętać ten ból, dobre, by cierpieć, aby więcej nie popełnić tego samego błędu.
Na parking wjeżdżam z piskiem, powodując, że osiadły na kostce kurz zaczyna wirować wraz z powietrzem. Nie przejmuję się tymi zostawiam samochód obok drzwi wejściowych do magazynu, by jakiś debil nie wjechał mi w niego koparką. Wysiadam już z wyciągniętą paczką Marlboro ze schowka. Poprawiam swoją skórzaną kurtkę i podchodzę do Jack'a, który spogląda na mnie z karcącym wzrokiem, wachlując się drugą ręką, by odgonić od sienie kurz.
-Cześć. - mówię z chrypką i wyciągam do niego dłoń, częstując szlugami. Bierze jednego i czeka aż mu zapalę. Gdy to robię, oboje mocno się zaciągamy.
-Dlaczego stary wali od ciebie, jak z gorzelni ? - pyta zdezorientowany. Zamiast odpowiedzieć mu natychmiastowo, udaję, że palenie jest o wiele ciekawsze niż jego głupie pytanie. Co innego można robić w domu, gdy siedzisz sam w domu przez dwa dni, czując się, jak śmieć i przypominając ten jeden żenujący moment w twojej egzystencji - mocny orgazm, który spowodowała osoba, której nienawidziłeś z całego serca.
Ciarki pokrywały moją skórę za każdym razem, gdy wspomnienia pamiętnej nocy wracały do mnie jak bumerang. Nie rozumiałem samego siebie i to najbardziej wkurwiało.
-Nie przywoziłem tu swojej dupy, by rozmawiać czym dzisiaj pachnę. - odszczekuję, nie patrząc na przyjaciela.
-Okej, okej. - wyrzuca ręce w powietrze. Tym gestem pokazuje, że czuje się urażony, ponieważ, jako jedna z bardziej empatycznych osób w grupie, zawsze chciał wszystkim pomagać i dupy lizać. Ja na to nie pozwoliłem. To było coś, co chciałem zachować dla siebie. -Więc wytłumacz, co tu do cholery, się dzieje ?!
-Potrzebujemy zabezpieczenia, Jack. - oznajmiam, wyrzucając niedopałek na ziemię. - Dobrze wiesz, że w naszym życiu są osoby, które muszą być bezpieczne w każdej chwili. Nasza praca to kalejdoskop - nigdy nie wiesz, co będzie.
-Racja, ale mogłeś wcześniej uprzedzić. - wypomina mi.
-Ciągle jesteś na mnie wkurwiony. - przypominam mu.
-Nie, Juss. To Ty nadal nie wytłumaczyłeś mi o co chodzi w tym cholernym interesie, a od kilku dni zachowujesz się, jakbyś dostał pieprzonego kryzysu wieku średniego !
-Dogaduję szczegóły. - rzucam na odczepnego. - Jeżeli zmieni się to w coś poważnego, na pewno Cię poinformuję.
-Przynajmniej wiesz, kto Ci to zaproponował ?
Blednę, a moje ciało traci poprzednią temperaturę.
Kolejny raz Selena.
Jej zgrabne ciało i pachnące maliną włosy.
Jednocześnie największa suka na tym świecie.
-Nie. - odpowiadam, mocnym tonem. - Podążam twoim śladem, panie ostrożny. Najpierw trzeba wybadać drugą stronę.
Ale w tym przypadku to ja zostałem wybadany i to całkiem dogłębnie.
-Rób, co chcesz, ale wiedz, że nie jestem tym pomysłem zachwycony. - oznajmia z przekąsem i idzie skontrolować pracę najętych ludzi. Cieszę się, wiedząc, że to jjż koniec jego ględzenia, jednak moja chwila nie trwa długo - przerywa ją telefon.
W pierwszym momencie jestem szczęśliwy, widząc jej numer wyświetlony na ekranie. Moja opoka, moja kotwica, moja jedyna, i tylko moja...
-Jessi ?
-Mam wspaniała wiadomość ! - krzyczy do słuchawki, wyraźnie podekscytowana. Śmieje się krótko i silę na odpowiedź:
-Opowiadaj, księżniczko.
-Możesz wpaść dzisiaj do Stratford. Proszę, proszę, Juss. - prawie nie rozpoznaje jej głosu, prawie jestem skłonny sądzić, że to nie ona tak tryskająca radością. - Ana wyjeżdża na konferencję, a Taylor maluje mieszkanie, a nie mogę jej pomóc, bo od razu dostaję mdłości na ten zapach.
-Więc umilę Ci ten wieczór. - oznajmiam.
-A ja czekam na Ciebie. Do zobaczenia, Juss. - żegna się jeszcze cmoknięciem w słuchawce. Chowam telefon do kieszeni i szybkim wzrokiem weryfikuję prowadzone roboty. Nie widząc przeciwwskazań powracam do swojego samochodu i podążam nim w stronę domu.

***

Każda kość, każdy najmniejszy staw czy kawałek skóry doskwiera mi, gdy przejeżdżam przez miasto, które w młodości było dla mnie wszystkim. Teraz kojarzy się tylko z najgorszym, co mnie spotkało. Dotknięte wypadkiem części mojego ciała dokuczają tępym bólem, z najmniejszą, kolejną chwilą, kiedy docieram do domu. Niegdyś rodzinnego, w teraźniejszości to mieszkanie kłamcy, do którego ma nienawiść ciągnie się dalej, nawet gdy od kilku lat leży gdzieś pod ziemią.
Prawie na wszystkich skrzyżowaniach i światłach zostawiam ślady opon, pod domem nie czynię wyjątku - zdzieram je jak to tylko możliwe, choć wiem że to zupełnie zbędne, bo będę tego żałował przy następnej wizycie u mechanika.
Z auta wysiadam z polową papierosa, którego zacząłem palić jeszcze stojąc na czerwonym świetle. Nie przyglądam się temu, co się tu zmieniło, tylko idę prosto do drzwi, wyrzucając szluga na chodnik. Nie raczę się dzwonić dzwonkiem - po prostu wchodzę do środka, gdzie powietrze ogrzane jest ciepłem pochodzącym z rozpalonego kominka.
Podążam głębiej, rozglądając się w poszukiwaniu Jessi. Rozpinam swoją skórzaną kurtkę i zastygam w bezruchu, gdy ta pojawia się ma środku salonu.
-Justin. - mówi zaskoczona, wycierając dłonie w czerwoną ścierkę. Zaskoczenie ustępuje dużemu uśmiechowi, a w jej oczach pojawiają się małe iskierki.
Wszystkie problemu i troski nagle znikają, jak za pojawieniem się czarodziejskiej różdżki. Ten magiczny rekwizyt posiadała tylko oma, a sama była najlepszą wróżką, jaką mogłem spotkać.
Tak, wypiękniała. - stwierdzam w myślach, skanując wzrokiem ją całą. Wcześniej płaski brzuch, teraz nieco się zaokrąglił, a jej piersi nieznacznie powiększyły. -Dlaczego nie zadzwoniłeś ?
-Naprawdę zamierzasz się teraz tym martwić ? - śmieję się i otwieram ramiona, czekając by ją przytulić. Jessica od razu zaczyna biec w moją stronę, a gdy jest blisko, zamykam ją w swoich objęciach. Pachnie inaczej - waniliowo z nutką czegoś ostrego. Jej skóra nadal miękka, gdy chowam twarz w zagłębieniu jej szyi.
Jess obejmuje mnie w biodrach i ściska mocno, że aż sam dziwię się iż posiada taką siłę.
-Tęskniłam, Justin. - szepcze, prawie płacząc. Powracam wzrokiem do jej twarzy, ujmując ją w swoje dłonie.
-Jestem, księżniczko. - mówię cicho. - Cały tylko dla ciebie.
Pojedyncza łza pojawia się na jej policzku wraz z uśmiechem na różowych ustach. Ulga przelewa się przez moje ciało i niezastąpiony ogrom szczęścia. Pochylam się w stronę dziewczyny i łączę nasze wargi w długim i namiętnym pocałunku. Jego żarliwość rozpala nas oboje, a przelewająca się tęsknota sprawia, że moglibyśmy tak trwać wiecznie.
Obejmuję Jessi delikatnie w pasie, przez co jestem w stanie dotknąć jej brzucha. Dziewczyna uśmiecha się przez pocałunek, a ja kończę go, łapiąc pomiędzy zęby jej dolną wargę i ciągnąc w swoją stronę, na końcu puszczając.
-Jesteś głody ? - pyta, łącząc nasze obie dłonie.
- Jak wilk. - odpowiadam i daję sobą pokonferować w stronę wyremontowanej kuchni.

***

Trzymanie jej w ramionach wydaje się najprzyjemniejszym zajęciem, jakie tylko istnieje. Wsłuchuję się w jej cichu oddech, nasze splecione ręce leżą na jej brzuszku, a ja spokojnie wdycham zapach jej szamponu do włosów. Jej obecność sprawia, że uspokajam się wewnętrznie, nie myślę o niczym, nie myślę o tym, co spieprzyłem ani na co pozwoliłem. Wszystko to zamykam w małym zalążku swoich wyrzutów sumienia, których pozbywam się, gdy jestem z Jessi.
-Juss.
Jest ciepła, jesienna noc. Świeże powietrze wpada do środka poprzez otwarte okno balkonowe, a firanka zaczyna wesoło tańczyć wraz z wiatrem. Jessica przewraca się na bok, kładąc podbródek na swojej dłoni, ułożonej na mojej klatce piersiowej, by widzieć mnie lepiej.
-Co tam, ptaszyno ? - delikatnym ruchem odgarniam pojedyncze kosmyki włosów z jej twarzy. Jest śliczna. Zauważam nawet, że na jej policzkach pojawiły się bardziej zdrowe kolory, a lekka biel zniknęła, jak gdy użyje swoich czarodziejskich kosmetyków.
-Nasze mieszkanie jest całe ? - pyta, rozbawiona. Szeroki uśmiech pojawia się na jej twarzy, a moje serce zaczyna bić mocniej. Jeszcze bardziej przysuwam ją do siebie, przyciskając koc do jej pleców.
-Nie masz się o co martwić. - odpowiadam radośnie i składam pocałunek na jej rozgrzanym czole. Jej usta nadal są opuchnięte, a policzki różowe po sesji pocałunków i szybkiej palcówce. -Nie wyrzuciłem nawet tego cholernego stolika. - krzywię się na samo wspomnienie.
-I nie zrobisz tego. - ostrzega, przybierając poważny wyraz twarzy. - Będę go potrzebowała.
-Dla ciebie wszystko, księżniczko. - cmokam ja w usta, przystając na jej prośbę. Dziewczyna zagryza wargę i zaczyna mi się uważnie przyglądać, gdy ja odchylam głowę do tyłu i zamykam oczy. Czuję, jak cały stres odpływa z mojego ciała gdzieś daleko. Przyjemne ciepło, którym emanuje dziewczyna rozluźnia moje mięśnie i przyciąga nostalgię.
-Gapisz się. - stwierdzam.
-Skąd ten zarost ? - pyta, a chwilę potem czuje jej opuszki palców, które dotykają mojego policzka. Wtulam twarz w jej dłoń i całuję jej wnętrze. Robię to tak długo, byle by nie musieć odpowiadać na to pytanie. Przyznanie się do ciągłego picia i bycia na haju przez ostatnie dni nie byłoby dobrym rozwiązaniem.
-Bo tęsknię za Tobą, Jess. - szepczę otwierając powieki. Jej ciemne tęczówki wywiercają dziurę w mojej twarzy. - Jak długo, do cholery, ona będzie Cię tu jeszcze trzymać? - pytam ze złością.
Powrót Jessici do domu wiązał się z uspokojeniem się mojej osobowości oraz większym spokojem, bowiem dryfujący po morzu statek ciągle potrzebuje swojej kotwicy.
-Nie wiń jej, Juss. - odpowiada z westchnięciem. W jej głosie slyszę to, jak jest rozdarta. - Obiecuję, że porozmawiam z Aną i postaram się być, jak najszybciej.
-Mówiłaś to już. - fukam, niczym obrażony dziesięciolatek.
-No nie denerwuj się. - brunetka śmieje się i dźga mnie w żebro. -Lepiej opowiedz mi, co u Luke'a, Amandy, Jack'a ...
Zanim zaczynam dość nudą opowieść, Jessica odsuwa się lekko ode mnie i kładzie głowę na zieloną poduszkę, okrywając się szczelnie kocem. Celowo pomijam temat Jack'a i naszej niezgodności w pewnej sprawie, a kiedy jestem gotowy, by sprzedać jej jakieś krótkie kłamstwo, dziewczyna zasypia. Po cichu wychodzę z łóżka i siedząc na jego skraju, zakładam buty. Na koniec przykrywam dziewczynę jeszcze jednym kocem i pochylam się by ucałować jej policzek.
-Jesteś piękna, ptaszyno. - szepczę z ustami przy jej delikatnej skórze. Prostuję się i wychodzę z bolącym sercem i urwanym oddechem.

***
Puste ulice, oświetlone tylko pojedynczymi lampami, kilka otwartych klubów, z których światła padały na ulice i kilka pijanych osób, które próbują wrócić do domu to jedyny mijany krajobraz, gdy wracam do Stratford. Nie potrafię myśleć o niczym innym niż Jessicie, która została wiele kilometrów stąd. Byłem, jak kwiat w ostatniej fazie jego obumierania, a żeby odbić potrzebował wody. Ja potrzebowałem jej, by odbić się od dna, którego dotknąłem w ostatnich dniach. Kochałem tą dziewczynę tak mocno, jak to tylko możliwe by kochać człowieka, ale pojawiająca się tak nagle Selena, wywróciła moje życie do góry nogami. Prawie tak samo, jak dwa lata temu, gdy cała, skrywana prawda wyszła na światło dzienne.
Kończąc swojego papierosa, parkuję swoje auto na wolnym miejscu pod blokiem. Gdy wychodzę rzucam szluga na chodnik i niedbale przydeptuję butem. Z tylnego siedzenia zabieram małą reklamówkę z zakupami, które zrobiłem po drodze, i zamykając samochód idę w stronę odpowiedniej klatki.
Wolną, prawą dłoń wkładam do kieszeni spodni i odnajduję w niej klucze. Wejście do mieszkań jest spowite w mroku tak, że nie widzę nawet schodów przed sobą. Gdy zamykam za sobą ciężkie drzwi słyszę szmer, a dym papierosowy drażni moje nozdrza w tym samym momencie.
Chcę postawić pierwszy krok na schodku, jednak w tym samym momencie zostaję odciągnięty od miejsca , w którym był. Ktoś łapie mnie w podbrzuszu, obraca się i rzuca na zimną oraz brudną podłogę klatki schodowej. Moje zakupy uciekają z mojej dłoni i turlają się po schodach prowadzących do piwnicy. Głęboki śmiech roztacza się wokół mnie, a ja w myślach obiecuję sobie, że zabije tego, kto robi mi cholernego psikusa.
Nagle żarówka rozbłyskuje jasnym światłem, które w pierwszym momencie mocno mnie oślepia. Zakrywam oczy odruchowo, osłaniając powieki rękawem skórzanej kurtki.
-Co, do kurwy nędzy !? - syczę wściekły próbując podnieść się z podłogi. Wtedy czuję ból w ręce, na którą upadłem i przeklinam jeszcze raz pod nosem. Wtedy zauważam dwóch wysokich gości, przewyższających nawet mnie. Dobrze zbudowani, ubrani cali na czarno, z ogolonymi głowami.
-To on. - oznajmia jeden z nich. Moje oczy zaczęły przyzwyczajać się do jasności, dlatego odsuwam rękę, by móc im się uważnie przyjrzeć.
-Jak tam, lalusiu ? - zaczyna jeden, kucając, by znaleźć się na mojej wysokości. Patrzę na niego wściekle, a on reaguje tylko cynicznym uśmiechem.
-Ogarnij się, stary. Nie mam pieprzonego czasu na twoje gierki.
Ten stojący kopie w krzyż kolegę.
-Czego chcecie, kurwa ? - pytam zezłoszczony, rozmasowując swój obolały nadgarstek.
-Selenę, znasz ? - patrzy na mnie z poważnym wyrazem twarzy. Jego początkowe rozbawienie szybko zniknęło.
-Co Ty pieprzysz. - kucający koleś nagle wstał i uderzył swojego kolegę w bark. - Takiej laski nie da się nie znać.
-Och, zamknij się. - warknął, wywracając na niego oczami.
Zrozumiałem.
Selena i jej gang.
Nie zrozumiała niczego co do niej powiedziałem, a na dodatek przysłała tu swoich "przyjemniaczków".
-Jeśli nawet to chuj was to obchodzi. - odpowiadam i szybko podnoszę się z podłogi.
-Nie skacz, młody. - odpowiada mi, rzucając w moją stron3 małym pudełkiem, które zręcznie ląduje w moich dłoniach. - Czas do środy. - oznajmia i wychodzi wraz ze swoim kolegą, któremu chciałem zdjąć ten tępy uśmiech z twarzy.
Rezygnuję z poszukiwań swoich zakupów, poświęcając czas na to, by jak najszybciej znaleźć się w mieszkaniu, mając nadzieję, że nikt z sąsiadów nie usłyszał tego, co się tutaj wydarzyło.
Wraz z papierowym pudełkiem podążam prosto do salonu, gdzie zabieram się za jego rozpakowywanie. Nie wiem dlaczego, ale wcale nie dziwi mnie, gdy odnajduję tam przygotowane do rozprowadzenia porcje narkotyków. Kręci mi się w głowie od tej ilości środków odurzających, a doznanie to dodatkowo potęguje wściekłość.
Jak ona wpadła na taki pomysł ? - to jedyne pytanie, które pojawia się w mojej głowie. Im bardziej starałem sie pozbyć Seleny, tym szybciej ona powracała.
Zdając sobie sprawę, że Jack tak naprawdę miał rację, ostrzegając mnie, iż będą z tego problemu, odszukuję swój telefon. Wystukuję na ekranie sekwencję cyfr, która zapisana była na dołączonej do pudełka karteczce i czekam. Nie odbiera mojego połączenia za pierwszym razem. Próbuję drugi, a potem trzeci i słyszę, jej głos za czwartym, gdy nerwowo krzątam się po mieszkaniu.
-Co Ty sobie, do cholery, myślałaś ! Tego nie obejmowała nasza współpraca.
Nie mówię do niej nic oprócz wyrzutów. Ona jest spokojna i opanowana, gdy stwierdza, że pojawi się za pól godziny w moim mieszkaniu.
Z niezadowoleniem opadam na kanapę i zamykam oczy, oddychając zbyt szybko. Czuję maleńkie kropelki potu na moim karku, a nogi mam prawie zdrętwiałe. Nie jestem pewien, co dzieje się w moim życiu. Mam ochotę zniknąć choć na chwilę, by ogarnąć cały ten pieprzony bałagan.
Po chwili podnoszę się i ukrywam pudełko w komodzie, przykrywając je dużą ilością własnych skarpetek. Mocno zamykam szufladę, powodując lekkie zachwianie się mebla.
Idę do kuchni, w której powietrze jest świeższe, co spowodowane było otwartym oknem. Zrzucam z siebie koszulkę, która ciąży mi na barkach, prawie jak kamień i wypijam jednego shota. Przełyk mnie pali, ale jestem w stanie to znieść, tylko dlatego, iż podświadomie potrzebuję zadać sobie ból. Tylko ja jestem winny za cały ten popieprzony rozwój wydarzeń i to ja musiałem ponieść tego konsekwencje.
Gdyby to nie dzwonek oznajmiający przybycie Seleny, a innej osoby, mógłbym nawet przyznać, że cieszyłem się słysząc go. Nie fatyguję się, by otworzyć dziewczynie drzwi. Krzyczę tylko szybkie "wejdź" i chowam wódk3 do lodówki.
Kiedy się odwracam szatynka jest już w mieszkaniu. Przygląda mi się stojąc w rozkroku na swoich kilkunastocentymetrowych kozakach. Ręce ma złożone na klatce piersiowej, jeszcze bardziej uwydatniając swoje obfite kształty. Ubrana w zwiewną sukienkę, która wcale nie była zbyt wyzywająca, jak te, które zwykła nosić, a jej makijaż był delikatnie "lżejszy" od tego, w którym widziałem ją ostatnio.
-Nie wiedziałam, że aż tak bardzo zestresujesz się spotkaniem Zayn'a i Rob'a. - zaczyna pierwsza, z majaczącym się na ustach uśmiechem. Daje mi tym do zrozumienia, że jest kompletnie wyluzowana, kiedy ja jestem, jak tykająca bomba.
I tylko ta głupia uwaga wystarcza, by przygotować jej ląd.
Zaciskam dłonie w pięści i szybkimi krokami podchodzę do niej z morderczym wzrokiem. Jej radość znika w sekundzie i pojawia się coś na znak niepewności. Delikatnie cofa się do ściany, a gdy jej plecy przylegają do niej, ja zatrzymuję się dosłownie kilka centymetrów od jej ciała.
-Jesteś suką. - kieruję do niej te obraźliwe słowa z wyciągniętym palcem. -Nie rozprowadzę Ci tego, kurwa.
-Uspokój się, Justin. - odpowiada miękkim głosem, trzepocząc czarnymi rzęsami, które w tym świetle rzucały cień na jej policzki. - Dobrze wiem, komu jakie zadanie przydzielić, by wykonał je jak trzeba.
-Jasne. - rzucam z przekąsem. Denerwuje mnie jeszcze bardziej, gdy udaje, aż tak inteligentną. - Nie zrobię nic dla ciebie.
-Obiecałam, że zapłacę.
-Nie chcę, kurwa, twoich pieniędzy ! Chcę spokoju, wiec wypierdalaj z mojego życia !
-Sam zniszczyłeś ten spokój. - cedzi przez zęby, łapie mnie w biodrach i niespodziewanie łączy je z jej. - I nie wpieraj mi kłamstw, które możesz zostawić dla głupiutkiej Jessici. - już otwieram usta, by odpowiedzieć jej coś niemiłego, lecz powstrzymuje mnie. - Odpisałeś mi, bo potrzebujesz przygód. Nadal niewiele się zmieniłeś, Bieber.
-Łżesz.
Selena śmieje się perliście.
-A atak to twoja obrona.
Tym razem nie wytrzymuję. Zaciśnięta dłonią uderzam w ścianę tuż obok jej głowy.
-Nic nie wiesz, do cholery !
-Nie potrzebuję. - odpowiada. - O wszystkim przekonałam się podczas ostatniej wizyty.
Jej spojrzenie staje się tak jednoznaczne, tak cholernie głębokie, przeszywające wszystko na wskroś, że przez moje ciało przechodzi dreszcz. Ku zaskoczeniu jest on w jakiś sposób przyjemny i sprawia, że w chwili moje ciało rozgrzewa się, jakbym nagle dostał niewyjaśnionej gorączki.
-Nie będziesz tak grała, rozumiesz. - wyduszam z siebie tuż nad jej uchem. Czuję wtedy zapach jaśminu i jeszcze jakiejś mocniejszej nuty, która naprawdę zaczyna mi się podobać.
-To moja gra. - odpowiada cwanie, w cmoka mnie raz w żuchwę. Dostaję gęsiej skórki. - I wiesz co, Juss, wszystkie chwyty dozwolone. - śmieje się i dłoniami wędruje na moje nagie plecy. Z bezsilności ciągle zaciskam pięści, to je rozluźniam. Jestem chujem, bo pozwalam, by kobieta potrafiła mną zawładnąć.
-Nienawidzę Cie, Gomez. Tak bardzo Cię nienawidzę. - krzyczę, łapiąc ją za biodra i rzucam jej ciałem na kanapę. Dziewczyna z niewiarygodną gracją upada na wypoczynek, a jej włosy rozsypują się na poduszkach. Uśmiecha się tajemniczo, co oznacza, że wcale nie przejęła się moim wybuchem. Patrząc na mnie pożądliwym wzrokiem zrzuca swoje szpilki i obmyśla kolejny ruch, gdy ja podochodzę do kanapy.
-A jednak Bieber, zawsze wracasz do mnie. - zauważa.
-Wypierdoliłem Cię ze swojego życia, co mi wyszło na dobre. Po co znów, kurwa, wracasz ? - mój głos nadal jest podniesiony, gdy do niej mówię, pochylając się na dwóch dłoniach ułożonych na oparciu.
-Bo jesteś, jak twój ojciec, Justin. On nigdy nie potrafił się zmienić i powiedzieć Ci prawdy. Zaś Ty- choćbyś chciał nie zmienisz tego, że gang, narkotyki z całą tą otoczką, przestaną Cię interesować.
-Nie.Porównuj.Mnie.Kurwa.Do.Niego. - syczę przez zaciśnięte zęby i unoszę rękę, by ją uderzyć. Ona szybko ją łapie i nie pozwala mi na ten ruch. Nasze oczy jaki i oddechy łączą się w jedno. Jestem zaskoczony tym, jak daleko złość, którą odczuwam jest w stanie mnie ponieść. Byłem pełen sprzeczności, lecz nigdy nie pozwoliłbym porównać się do swojego ojca, który nigdy nim nie był.
Selena przygląda mi się intensywnie, mocno ściskając mój nadgarstek. Jej dłoń jest rozpalona i przekazuje małe iskierki pomiędzy naszymi złączonymi dłoniami. Oddycham głęboko, a serce kołacze mi jak szalone. Nie myślę o niczym, mój mózg przestaje pracować, gdy odczuwam ucisk w dole kręgosłupa.
Wszystko to osiąga punkt kulminacyjny, gdy Selena przegryza wargę, puszczając moją dłoń, która ląduje obok jej biodra. Nienawidziłem jej tak bardzo, jak tylko człowiek potrafi to robić, a mimo to robiłem coś, co nie było zgodne z tym, co odczuwałem.
Zamykam na chwilę oczy, lecz i to nie pomaga, bo Gomez dotyka dłonią mojego policzka.
-Nadal Cię, kurwa, nienawidzę. - szepcz i rzucam się na nią niczym wygłodniałe zwierze spragnione swojego posiłku. Jedyne czego chce to rozładować całą tą złość, irytację zgromadzoną przez te kilka dni. Potrzebuję nieprzemyślnie wypłynąć w morze, przetrwać burzę i wrócić na ląd pełen harmonii.

------------------------------------------------------------

Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.
 
PS. Prosiłabym jeszcze, by osoby czytające, które znają osoby, którym spodobało się to opowiadanie - poleciły je.  Piszę je teraz sama dlatego potrzebuję motywacji :*


sobota, 3 września 2016

II Rozdzał 8



-Nie zgadzam się, Juss. To niedorzeczne ! - oburza się Jack, wymachując rękoma. Przewracam oczami, ściskając oparcie starego, skórzanego fotela.
-Uważam, że to idealny interes. Nie rozumiem Cie, Gilinsky. - wzdycham. - Dzięki niemu moglibyśmy zapomnieć o wysokoach przez najbliższy rok.
Staram się brzmieć, jak najbardziej przekonywająco. Robię wszystko, by tylko Jessica nie była w mojej głowie, bym tylko nie stawał się kolejny raz wściekły.
-Idealny ? - prycha. - Nawet nie wiesz, kto zaproponował Ci tak wielki napad. Nie jesteś maniakiem komputerowym, więc nie mydl mi oczu, że możemy zrobić to sami.
-Dowiem się. - postanawiam, wstając. - Może nie jestem liderem, ale szykuj ludzi. Zrobimy to.
Wiem, że robię źle nie licząc się z odmową Jack'a, który jest tutaj głową, ale chcę choć na trochę zapomnieć o sposobie, w jaki zarabiam na życie. Do cholery, chciałbym się w końcu nim nacieszyć, jeżeli mam być ojcem.
-Popełniasz błąd ! - krzyczy jeszcze nim zdążę wyjść. Kręcę głową na jego zachowanie i zamykam za sobą ciężkie drzwi magazynu. Cała sprawa toczyła się wokół mejla, który odnalazłem dzisiaj w swojej internetowej skrzynce pocztowej. Osoba, której nie znałem, zaproponowała interes. Bardzo dobry interes, za którego pieniądze mógblym zapewnić Jessi i naszemu dziecku życie na doskonałym poziomie. Ale Jack byl Jack'iem - zawsze ostrożny, nie podejmujący ryzyka. Tym razem to ja go wyręczyłem.
Przypominając sobie miejsce zaproponowanego spotkania, wsiadam do samochodu. Ruszam powoli, powstrzymując się od pisku opon, który mógłby zwrócić zbędną uwagę. Wyjeżdżam na drogę krajową, gdzie ruch jest niewielki. Przytrzymując kierownicę kolanem, ze schowka wyjmuję paczkę Malboro i odpalając wyjętego papierosa podgłaszam radio. Jak na złość gra w nim ulubiona piosenka Jessici - „The scientist” Coldplay. Automatycznie moje dłonie mocniej zaciskają się na kierownicy, a knykcie bieleją. Naciskam pedał gazu, a samochód od razu przyśpiesza. Nie ściszam poziomu głoścności piosenki. Tylko ona teraz sprawiała, że mogłem sobie wyobrazić, że jest ze mną, a nie pieprzoną Aną. Wszystko było lepsze niż to.
Pod barem parkuję, gdy utwór się kończy. Zimny wiatr rozwiewa klapy mojej kurtki, kiedy wychodzę z auta, zamykając je jednym przyciskiem pilota. Wchodzę do baru i od razu czuję zapach alkoholu i kawy. W myślach stwierdzam, że to może się udać, ponieważ takich interesów nie omawia się w zwykłych restauracjach, tylko miejscach takich, jak to - zlokalizowanych w piwnicy, cuchnących stęchlizną i ciemnych.
Będąc w środku, zajmuję stolik blisko ściany, wyłożonej czerwoną cegłą. W pomieszczeniu jest pusto, a straszy mężczyzna z siwą brodą, który najprawdopodobniej grał kiedyś w zespole rockowym, przeciera dokładnie szklanki. Na stolik wyjmuję swojego I Phone'a i sprawdzam, czy nie mam nowych wiadomości. Czuję wielki zawód, gdyż miałem nadzieję, iż Jessi się dziś odezwie.
Odsuwam od siebie urządzenie i już mam przywołać kelnera, gdy do baru wchodzi kobieta. Jej perfumy od razu zaczynają mieszać się z powietrzem. Są niewiarygodnie mocne i drażniące w nozdrza.
Zdziwiony obecnością tutaj, oglądam brunetkę od góry do dołu. Jej stopy znajdują się w niebotycznie wysokich szpilkach, które jeszcze bardziej wydłużają jej smukłe nogi, kończące się czarnymi spodenkami. Włosy ma długie, kręcone, opadające kaskadami na ramiona. Nie widzę jej twarzy, ale wrażenie, jakbym ją znał, niespodziewanie pojawia się w moim środku.
Zgrabnie siada na wysokim stołku i zamawia coś do picia. W między czasie chowam telefon do kieszeni kurtki, a dłonie chowam w kieszeniach spodni.
-Dziękuję, Josh. - głos ma melodyjny, niezwykle naturalny, bez zbędnego przesłodzenia. Gdyby nie tak odważny stój mógłbym nawet pomyśleć, że to moja Jessi.
-Co Cię dziś sprowadza, maleńka ? - pyta barman, odkładając wysoką szklankę na półkę za nim.
-Bardzo ważny interes. - odpowiada i upija łyk swojego pomarańczowego napoju. Spoglądam na zegar i decyduję się podejść do baru, gdyż godzina spotkania wybiła już pięć minut temu. Nie wyobrażam sobie, bym mógł jakikolwiek interes zrobić z kobietą, ale ryzykuję.
Siadając na stołku, widzę tylko jej profil, lekko zakryty włosami. Wydaje mi się coraz bardziej znana, ale nie wnikam w swoje podejrzenia i zamawiam piwo.
-Nie powinieneś go pić, jeżeli wracasz samochodem. - oznajmia płynnie brunetka i odwraca się w moją stronę. Cały momentalnie drętwieję po sam czubek najmniejszego palca u stopy. Moje serce zaczyna bić niewiarygodnie szybko, a ja mrugam powiekami, upewniając samego siebie, czy się nie przewidziałem.
Nie zmieniła się. Może tylko wydoroślała, jeszcze bardziej schudła i operacją plastyczna poprawiła nos. Makijaż ten co zawsze, a nawet dałbym rękę uciąć, że dodała do niego czerni, by ukazać kryjącego się w niej lwa.
-Selena. - mówię , z trudem połykając ślinę.
-Nie spodziewałeś się mnie. - śmieje się perliście. - I tu Cię mam, Bieber. - uderza mnie „po bratersku” w ramię i upija kolejny łyk drinka.
Upewnia mnie tym, że nie jest tą samą osobą, z którą zerwałem wszelkie kontakty dwa lata temu.
-Co tu robisz ? - pytam bez emocji. Zasklepiona w sercu rana, nagle zaczyna boleć, jakby blizna chciała się kolejny raz rozerwać na pół.
-Nie dostałeś mejla ? - pyta, unosząc idealnie wyrysowaną brew. Zaskakuje mnie i jednocześnie skutecznie ostudza zapał, by rozbić ,wspominaną w tekście ,firmę.
-To byłaś ty. - bardziej stwierdzam niż pytam. Barman Josh stawia obok mnie kufel, lecz tracę ochotę na trunek. Z kieszeni kurtki wyjmuję banknot i rzucam nim na blat, równocześnie odsuwając od siebie pełne naczynie.
-Cóż, nie tylko ty znalazłeś sposób na życie ... Justin.
-Cóż, chyba nie zrozumiałaś, że nie chcę mieć z tobą, do cholery, nic wspólnego. - mówię, naśladując ją i wstaję ze stołka. Pewna siebie zaczyna się śmiać i to jednie jej wybuch radości słyszę, gdy opuszczam bar.
Świeże powietrze na zewnątrz pozwala mi na chwilę ochłonąć. Dlaczego nie posłuchałem Jack'a - pytam samego siebie w myślach. Selena była i zawsze będzie suką, która bawiła się mną, jak szmacianą lalką. Nienawidziłem jej bez powodu. Była zimna, jak lód. Gotowa zrobić wszystko, gotowa zniszczyć wszystko.
Zdenerwowany wsiadam do auta i odjeżdżam w stronę domu, mając nadzieję,że to ukoi moje nerwy. Tak się nie dzieje, ponieważ nie czeka tam Jessica - jedyna osoba, która działa na mnie, jak melisa. Jej czułość, jej miłość, oddanie są wszystkim czego potrzebuję, by żyć. Ona jest sensem mojego egzystowania i tylko ona. Jest czymś cholernie prawdziwym i nieocenionym w porównaniu do obłudnej Gomez.
Przyłapując się na tym, że znów pojawia się w mojej głowie, odnajduje butelkę whiskey w szafce i opróżniam ją przy kolejnym seansie filmowym. Choć jest tak kurewsko niedobra to pomaga zapomnieć. Chociaż na chwilę.

***

Rano budzę się z okropnym kacem. Mój przełyk dosłownie pali żywcem, a całe mieszkanie przesiąknięte jest w oparach alkoholu. Podnoszę się z kanapy i pierwsze co robi3 to otwieram okna, by wpuścić odrobinę świeżego powietrza. Kolejnym przystankiem jest kuchnia, gdzie wypróżniam butelkę z wody mineralnej.
Wcale nie zaczynam czuć się lepiej. Zdejmuję swoją koszulkę przez głowę i wracam do salonu, chcąc posprzątać bałagan. Chaotycznie próbując poprawić koc, tak jak robi to Jessica, uderzam stopa stolik.
-Kurwa mać ! - drę się na całe mieszkanie i upadam na kanapę, rozmasowując stukniętą kość. Wszelkie inne przekleństwa cisną mi się na usta i wielka ochota wypieprzenia stolika na zewnątrz, lecz od podjęcia takiej decyzji powstrzymuje mnie mój dzwoniący telefon. Sięgam po niego na dywan, gdyż upadł, gdy niefortunnie zahaczyłem o stolik i od razu zapominam o boleściach, gdy na ekranie ukazuje mi się zdjęcie uśmiechniętej Jessici, które sam ustawiłem jako profilowe na Skeyp'ie. Odblokowuje ekran i akceptuję połączenie.
-Cześć, księżniczko. - witam się pierwszy, śmiechem maskując ból, który nadal czuję.
-Dzień Dobry, Justin. - odpowiada, a ja delektuje się jej porannym akcentem. Jest tak cudownie miękki i słodki, że mógłbym go słuchać całą wieczność. -Dlaczego wyglądasz, jakbyś bawił się przez cała noc ? - pyta powoli, dokładnie mi się przyglądając.
-Spałem na kanapie. - ziewam. - Przypomnij mi, że musimy się jej jak najszybciej pozbyć. Jest cholernie nie wygodna.
-Biedaczek. - robi żartobliwie smutną minę. - Ale nie, nie pozbędziemy się jej. Nie zapominaj, że to prezent od twojej mamy.
-Ah, no tak. - przytakuję z westchnieniem. Jestem zły sam na siebie, że muszę ją okłamywać. - Co u Ciebie ?
-Zgadnij, jaki mamy dziś dzień. - piszczy uradowana, skacząc do góry na fotelu, gdzie siedzi. Wytężam, nieco zamącony wzrok i rozpoznaję, że znajduje się w moim dawnym pokoju.
-Nie wiem, skarbie. - przyznaje bez ogródek. Dziewczyna jednak nie reaguje negatywnie. Jak zwinna pantera zeskakuje z obrotowego krzesła i podnosi bluzkę, by w ekranie pokazać mi zaokrąglony brzuch. Uśmiecham się, będąc jednocześnie zdziwionym, że mógł się lekko powiększyć tylko przez trzy dni, gdy nie ma jej ze mną.
-Zaczynamy czwarty miesiąc. - oznajmia z ekscytacją i klaszcze w dłonie, jak mała dziewczynka. Zaczynam się głośno śmiać. Uwielbiam, gdy sprawia, że jestem właśnie taki, jak teraz - słaby z miłości, ale kurewsko szczęśliwy.
Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy dam radę być ojcem. Czy, w ogóle, byłem na to gotowy ? Nie wiem.
Gdy dziewczyna wraca z powrotem i milczy, mój dobry humor oddala się, jak płynąca po niebie chmura popychana przez silny wiatr.
-Kiedy wracasz ? - pytam cicho. Mój głos jest tak strasznie smutny, że brzmi, jakbym był nastolatkiem i pierwszy raz zagadywał do dziewczyny.
-Niedługo, Juss. - odpowiada, uśmiechając się smutno.
-To zła odpowiedź, Jess.
-Nie chcę składać Ci obietnic, których nie będę w stanie spełnić.
-To obiecaj mi tylko, że będziesz bezpieczna.
-Jestem pod ciągłym nadzorem. - prostuje się i śmieje.
-Kocham Cię, księżniczko. - wzdycham.
- Ja Ciebie też, Juss. - odpowiada. - Ale i ty mi coś obiecaj.
Milczę, wpatrując się w jej osobę, dlatego mówi dalej.
-Że nie zrobisz nic głupiego.
Otwieram usta, by coś powiedzieć, lecz kolejny raz mi przerywa.
-Widzę butelkę, którą otwierasz, gdy coś jest nie tak. I nie, nie zamierzam się kłócić, tylko porozmawiamy, jak wrócę. Pamiętaj o tym.
-Dobrze, Jess. - przytakuję potulnie, chociaż wiem, że nie jestem w stanie jej tego obiecać. Moja osoba jest jak burza niosąca również ze sobą huragan. Nie mogłem jej zapewnić w stu procentach.
Żegnamy się wysyłając sobie buziaki. Po tym odkładam telefon na ten nieszczęsny stolik i wzdycham jeszcze głośniej niż podczas rozmowy z dziewczyną.
Więc co teraz z interesem niosącym ze sobą tak kuszące korzyści ? Mam zrezygnować z tego tylko dlatego, że Selena pieprzona Gomez wymyśliła to całe przedsięwzięcie ?
Nie potrafię rozgryźć, czy to sprawia, że mam ochotę wskoczyć w głęboką wodę, czy wręcz przeciwnie - zatrzymać się na brzegu.
Ostatecznie stwierdzam tylko, że z takim kacem nie zrobię nic.
Ponownie chwytam telefon i wybieram numer Jack'a.
- Gilinsky, potrzebuję pomocy Madison.

***

-Co myślisz o tym ? - pytam ze znudzeniem w głosie. Opieram się o drewnianą ramę niebieskiego łóżeczka z baldachimem w różne samochody. Madison podchodzi do mnie.
-Pomyślałeś o tym, że możesz mieć córkę ? - śmieje się. Wywracam oczami. Jestem zbyt zmęczony podróżowaniem po pięciu sklepach dziecięcych i tym, że nie potrafiliśmy nic wybrać. Na odczepnego pokazuje karmelowe łóżeczko skryte obok wystawy pluszaków. - To może tamto będzie idealne. - oznajmiam z nutą sarkazmu. Madison podąża za moją dłonią i zaczyna klaskać w dłonie, dostrzegając tamten model.
-Bingo, Bieber. - mówi z podekscytowaniem i uderza mnie po plecach, w ten sposób gratulując. Dopiero wtedy zaczynam być z siebie zadowolony i odzyskuję chęć do działania.
Od razu płacę za wybrane łóżeczko, a ekspedientka wynosi z magazynu wielkie pudło, które zanoszę do samochodu, przy czym Madison otwiera mi tylko bagażnik.
-Jak Jack ? - zagaduję, dołączając do dziewczyny, która stoi opierając się o bok mojego auta. Wyjmuję jednego papierosa z mojej paczki, schowanej w kieszeni kurtki i odpalam go, zaciągając się głęboko.
-Mówi, że w końcu go zabijesz. - uśmiecha się. Zdaję sobie sprawę, że jest tak zrelaksowana tylko dlatego, że Gilinsky nie zdradza jej naszych planów, stąd ona sama jest kompletnie nieświadoma o co poszło tym razem.
Gdy tylko sobie przypominam o Selenie, ciarki przechodzą mi po kręgosłupie, a sam z nieznanych powodów staję się otumaniony.
-Przepraszam, Mads, ale ja nigdy, w przeciwieństwie do Ciebie, nie pojawiłem się przed nim w bieliźnie, by miał powód, aby tak gadać. - odpowiadam żartobliwie.
-Ty zboczeńcu. - krzyczy, uderzając mnie pięścią w ramie, a drugą rękę wyciąga, by ukraść mi szluga. Śmiejąc się z jej reakcji, patrzę, jak zaciąga się śmiercionośnym dymem.
-Dobra, mała. Spadam. - odpycham się od samochodu i chwytam za klamkę mojego wozu. Madison odchodzi na bok i wypuszcza obłok z ust. - Podwieźć Cię ?
-Nope, Juss. - rzuca krótko, zaciągając się ponownie. - Muszę jeszcze coś załatwić, by udobruchać ukochanego.
-W takim razie to nir może czekać. - odpowiadam żartobliwie, wsiadając do samochodu. - Do zobaczenia !


***

Docieram do domu jeszcze, zanim słońce zupełnie zachodzi za horyzont. Pomarańczowa poświata rozlewa się po niebie, jak wylane mleko po podłodze. Jest tak godne podziwiania, że gdy widzę pejzaż przez balkonowe okno naszego mieszkania, zaczynam jak pies tęsknić za Jessi. Gdyby tu była oglądalibyśmy zachód, a potem kochali się na podłodze w salonie do samej  północy. Nie przeszkadzałby nam chłód, który spowodowany byłby zbyt mocno skręconymi grzejnikami, ani niewygodna nawierzchnia wraz z przesiąkniętym kurzem dywanem.
Rozbieram się ze zbędnej kurtki i podwyższam temperaturę, by nie zamarznąć na kość, składając kawałki łóżeczka do kupy. Nie czuję żadnej radości na ten plan, zaś tylko smutek i przygnębienie.
Szybko wypijam szklankę wody i biegnę do łazienki. W koszu odnajduje swoje spodnie, a w nich mała torebeczkę. Zamykam ją w dłoni, jeansowy materiał odrzucając na bok i wracam do salonu.
Rozkładam wszystkie  niezbędne rzeczy i nie mijają dwie minuty, a lufka wypełniona jest marihuaną. Zapalam ją i zaciągam się tylko trzy razy. Nie potrzebuję więcej. Czuję się dobrze, ani trochę nie otumaniony, lecz pusta ucieka z serca i skupia się na krążącym dymie w płucach. Chcę wyrzucić z siebie obraz Jessici i jej brak tu. Nie chcę o tym myśleć. Tak po prostu, bo to boli bardziej niż można by było się spodziewać.
Rozpakowuję wielkie pudło i ze śrubokrętem w dłoni rozpoczynam pracę. Z instrukcją idzie mi szybko, a pól godziny później mebel jest gotowy, by umieścić go w naszej sypialni. Z brakującym baldachimem idzie mi gorzej - nie potrafię zamontować go tak, jak umieszczony był na wystawie sklepowej, dlatego rezygnuję ze złością ciskając go na podłogę. Mała plastikowa zaczepka łamie się na dwie części, ale mam to w nosie. Łóżeczko jest ładne i bez tego.
Zadowolony z samego siebie sprzątam z podłogi kartony i folie, gdy ktoś dzwoni do drzwi. Odkładam śrubokręt na stolik, gdzie leży jeszcze pozostałość z mojego palenia nie przejmując się tym, że pukający gość może to wszystko zobaczyć.
Zapalam światło w korytarzu i szarpię za drzwi, patrząc na swoje bose stopy.
-Cześć. - mimo, że dawno nie słyszałem tak naturalnego jej głosu, od razu wiem, że to ona. Resztki sił do życia uciekają ze mnie, jak powietrze ze spuszczonego balona.
Chcę natychmiast zamknąć jej drzwi przed nosem, lecz uprzedza mnie, wkładając swoją szpilkę pomiędzy futrynę i powstrzymując mój ruch.
-Czego chcesz ? - pytam, mrużąc oczy, dokładnie dając Gomez do zrozumienia, że nie mam ochoty by tu była. Nie chciałem jej wcale w moim życiu.
Wykorzystuje moment mojej rozproszonej uwagi i popycha drzwi, wchodząc do środka, nie oczekując nawet zaproszenia. Jestem zdziwiony widząc pokaz jej siły i robię się bardziej zdezorientowany spoglądając na jej smukłe, wyrzeźbione ramiona, wiedząc, że to musi być efekt pracy na siłowni.
-Nie dość, że uciekłeś, to jeszcze nie dałeś mi nawet wytłumaczyć, co chcę Ci zaproponować. - oświadcza, patrząc mi prosto w oczy. One też się zmieniły w niewytłumaczalny dla mnie sposób.
-Nie mam ochoty na twoje przedsięwzięcia, Selena. - rzucam na odczepnego. Zamykam drzwi i omijam dziewczynę, wracając do salonu. Potrzebowałem znów zapalić, by móc przeprowadzić z nią chociaż krótki dialog.
-Nie sądzę, że kwota nie zrobiła na Tobie wrażenia. - uśmiecha się, pewna siebie, wiedząc doskonale, że ma rację. Patrzy na mnie z góry, gdy zaciągam się dymem, a potem siadam na kanapie i z bezsilności wzdycham.
-Owszem, jest ...
-Więc, dlaczego nie chcesz mi pomóc, jako stary znajomy ? - pyta, zajmując miejsce obok mnie. Prawię duszę się własną śliną, gdy to słyszę.
-Stary znajomy, Gomez ? Dostałaś, jakiejś pieprzonej amnezji czy co ?
-To zdecydowanie Ci nie służy. - wyrywa z mojej dłoni lufkę i sama wkłada sobie do ust, zaciągając się mocno. - Jessice pewnie by się to nie spodobało. - zauważa i już wiem co robi - znów chce byc górą, używając swojej chorej manipulacji.
-Nie rozmawiamy o niej. - syczę przez zaciśnięte zęby. Rozbawienie znika z twarzy brunetki, która zaczyna skanować wzrokiem moja twarz.
-Ty naprawdę ją kochasz. - stwierdza, a w jej głosie odnajduję nutkę zdziwienia.
-A co myślałaś ? Ty byłaś tylko zabawką.
Obrażam ją. Czekam na wybuch złości, ale i on nie nadchodzi. Gomez zaczyna się tylko głośno śmiać.
-A Ty co myślałeś ? Że cię pokocham ? To było liceum, Juss.
-Jesteś... Jesteś ... - wszelkie przekleństwa i obelgi cisną mi się na usta, lecz nigdy się z nich nie wydostają. To ona mnie ucisza, siadając okrakiem na moich udach. Jej krótka spódniczka podwija się jeszcze wyżej, ukazując czarne, koronkowe majtki. Jej dłonie lądują na mojej klatce piersiowej, a serce próbuje przecisnąć się przez żebra, aby wydostać się na zewnątrz.
- Co ty robisz, do kurwy nędzy ? - krzyczę, szarpiąc się. Selena jest zdecydowanie rozbawiona moją obroną, ale również znudzona, dlatego wbija mi szpilkę w łydkę. Uspokajam się natychmiastowo, patrząc w jej duże oczy.
-Dasz mi coś ,w końcu, powiedzieć ? - pyta namiętnie szepcząc mi do ucha. Małe włoski stają mi na karku, gdy czuję jej oddech tak blisko. Odsuwam dłonie z daleka od jej ciała i myślę tylko o tym, by jak najszybciej ze mnie zeszła. Milczę, dlatego bierze to jako potwierdzenie. - Ja i moja ekipa jesteśmy w tym obcykani. Potrzebujemy tylko więcej ludzi tym razem.
-Twoja ekipa ?
-Mhm. - mruczy, przegryzając wargę. Delikatnie przesunęła się udami bliżej, na co mój kutas reaguje nie tak, jak powinien. W głowie szukam Jessici - mojej kotwicy, lecz i ona tym razem zatonęła. - Myślałeś, że jedynie Ty potrafisz stworzyć prawdziwy gang ? Są lepsi nawet ode mnie i Ciebie razem.
-Więc po jakiego chuja mielibyśmy współpracować razem ?
-Widzę tylko korzyści, Justin. - jej oczy zaczynają błyszczeć niebezpiecznie. Dłońmi wędruje na mój kark, a miednicą przesuwa dwa razy po moim kroczu. Zamykam oczy i zagryzam wargi, starając się jak najdalej odrzucić od siebie podniecenie.
-Selena, błagam ...
-Wiem, skarbie. - śmieje się, chowając twarz w zagłębieniu między moja szyją, a obojczykiem. - Musiałam Cię jakoś przekonać. - gdy czuję, jej mokry pocałunek cały sztywnieję. Nie chcę tego, ale ciało reaguje w inny sposób. Moje majtki są pełne i kompletnie nie wiem, co robić dalej. - Osobiście, rzecz jasna.
-Jeszcze na nic się nie zgodziłem ! - krztuszę na długim wydechu, gdy dwa nast3pne ruchy jej bioder, sprawiają, że ledwie wytrzymuję napięcie.
-Ale zrobisz to, jestem pewna. - uśmiecha się, powracając wzrokiem do mojej twarzy. Ponownie zabiera mi lufkę i zaciąga się dymem, wykonując koliste ruchy biodrami. W tamtym momencie przestaję myśleć o wszystkim. Słyszę jedynie krew szumiącą mi w uszach i oddech Seleny, która dominowała nade mną i pochłaniała z każdym ruchem. Jej destrukcyjna siła sprawiła, że w tamtym momencie byłem tylko jej i mogla ze mną zrobić co chciała. Z pozytywnym skutkiem - spuściłem się w gacie kilka minut później, czując się jak najgorsze gówno. Moje oczy pozostały zamknięte dopóki ze mnie nie zeszła, a lufki nie zniszczyła w toalecie. -Czekam tylko na Twój podpis, skarbie. - cmoka mnie w szyję zanim wychodzi, pozostawiając zupełnie bezbronnego na kanapie.

***

Powietrze w Stradford, ilekroć się nim zaciągam, wydaje się jakieś inne, lżejsze, czystsze. Ludzie są o wiele milsi i empatyczni niż w Phoenix, a po ulicach jeździ mniej aut, wydzielających niebezpieczne substancje.
Dzięki chwilowej zmianie mogłam wyluzować od natłoku myśli i zdarzeń, które tam doprowadzały mnie niekiedy do czystej furii. Lubiłam spokój, ale w tym spokoju, doznawanym z Aną i Taylor, brakowało jego, który skradł całe moje serce. Brakowało wszystkiego co z nim było związane. I chociaż powstrzymywałam si3 ze względu na Anę to wiedziałam, że jeszcze długo tu nie zabawię. By żyć normalnie nie potrzebuję powietrza w Stardford, potrzebuję tylko Justina.
-Tęsknisz za nim ?
Taylor wychwytuje moje sentymentalne spojrzenie, obserwujące mijany krajobraz. Łapie moją dłoń, próbując pocieszyć. Uśmiecham się tylko do niej i lekko kiwam głową.
-Jesteśmy, dziewczyny. - oznajmia Ana, gasząc swój samochód. Znajdujemy się pod wysoką kliniką położniczą, w której sama ona zaplanowała mi kolejną wizytę kontrolną.
Wraz z Taylor jesteśmy zachwycone nowoczesnym budownictwem przychodzi, do której wchodzimy. Nie martwię się niczym, bo to Ana wszystkiego pilnuje.
-Nie akceptuje was, nie ? - pyta mnie cicho przyjaciółka. Krzywię się.
-To nie tak. Po prostu nadal uważa, że jesteśmy rodzeństwem.
-Niedorzeczne. - komentuje. - Cały ten świstek można spalić i po sprawie.
-Wiem, Taylor, wiem. - urywam temat, zanim idąca w naszą stronę Ana mogłaby cokolwiek usłyszeć.
-Lekarz już czeka. - oznajmia z uśmiechem i odprowadza mnie do odpowiednich drzwi. W głębi duszy wolałabym, by weszła ze mną, ale na to było już za późno.
Całość wizyty przebiega pomyślnie. Moje badania są bardzo dobre, na recepcie zapisane zostały witaminy, które mam przyjmować, a sam doktor dał mi zdjęcie naszego dziadziusia, zdradzając płeć.
Gdy wychodzę, żegnając się z przyjemnym lekarzem Ana i Taylor czekają na mnie zniecierpliwione.
- To będzie dziewczynka ! - mówię, z podekscytowaniem i uściskuję je obie.

 ------------------------------------------------------------------------------------

Jeśli szanujesz te moje kilka godzin/dni/tygodni spędzonych nad pisaniem tego rozdziału to zostaw chociaż najmniejszy komentarz.
Dziękuję.